środa, 22 sierpnia 2012

1. Try to live a normal life.


Znów ta kompletna szarość. Dlaczego w moim życiu nic nie może być proste? W uszach słuchawki, kompletne odcięcie od świata. Czy robie dobrze? Czy źle? W głebi duszy sama powinnam odpowiedziec sobie na te pytania. Co będzie ze mną dalej? Każda próba podjęcia nowej walki konczy się porażką. Nigdy nie zaakceptuję siebie, swojego ciała. Nigdy nie zaakceptuję, że to zdarzenie miało kiedykolwiek miejsce.
- Alex, córeczko. Ja lecę do pracy, za nie całą godzinę wpadnie tu kolega Louisa po papiery, które są uszykowane na dole w kuchni. – Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos ojca. No tak jest dziesiąta tata idzie do pracy.
- Po południu przyjdzie babcia więc ogarnij tu trochę. – Na każde jego słowo po prostu przytakiwałam. Nie miałam ochoty wciagać się w żadne głebsze dyskusje, po prostu chce zostać sama, chodź wiadomość, że przyjdzie babcia niezmiernie mnie ucieszyła. Była to kobieta, którą od dziecka darzyłam niezwykłym szacunkiem i ogromną miłośćią. Była dla mnie zupełnie jak matka. Jej potrafię zwierzyć się z każdego jednego problemu. Wiem, że zawsze mi pomoże, kopnie w dupe kiedy będzie trzeba, nakrzyczy jak zrobie coś źle, ale zawsze będzie mnie kochać. Moje stosunki z tą kobietą są dobre jak z nikim. Wychowała mnie, pokazała mi jak kochać, jak być dobrym dzieckiem. Nauczyła mnie wszystkiego za co jestem jej cholernie wdzięczna. Bez niej nie była bym tym kim jestem.
- Czy ty mnie wogóle słuchasz? – Tata podszedł do mnie i pomachał mi ręką przed oczyma. – Na dole zostawiłem ci pięćdziesiąt dolarów.
- Dziękuje tatusiu. – Nie wiedzieć czemu, cholernie szeroko się uśmiechnęłam i wtuliłam w ojca. Nasze kontakty nie są zbyt dobre, czasem nawet mam wrażenie, że podchodzimy do siebie z dystansem. No, ale cóż po odejściu mamy tata w stu procentach poświęcił się pracy.
- I najważniejsze, kocham cię. – Słowa, które wypłynęły z jego ust także mną wstrząsneły. Nie często słyszę od niego, że mnie kocha. Kiedyś powtarzał mi to codziennie, a teraz? Teraz dopiero widać jak czas i wydarzenia zmieniają człowieka i jakie blizny potrafią zostawić.
- Też cię kocham tato. Leć już bo sie spóźnisz. – Podałam ojcu torbę, w której ma wszystko potrzebne do pracy. Papiery, dokumenty, kawe itp. Tata ma swoją firmę budowlaną, co nie jest zbyt dobre dla nas. Tak niby są pieniadze, ale przecież to nie to jest najważniejsze. Ojca praktycznie nigdy nie ma w domu ciagle pracuje. Wychodzi rano wraca w nocy i tak na okrągło. Spojrzałam przed siebie gdzie ojca już nie było. No tak ostatnio ciągle mam głowę w chmurach i nie widzę co sie dzieje w okół mnie. Postanowiłam zrobić czynność, którą zlecił mi tata lecz najpierw wolę ogarnąć samą siebie. Udałam sie do łazienki gdzie z samego wejscia uderzyła mnie woń męskich perfum. Jednak są plusy mieszkania z dwoma facetami. Zamknęłam drzwi od łazienki i pierwszą czynnością jaką zrobiłam było spojrzenie w lustro. No tak niedomyty makijaż z wczoraj, przetłuszczone włosy. Boże, jak ja mogłam dopuścić do takiego stanu. Rozpuściłam włosy z niedbałego koka zdjęłam rzeczy które miałam na sobie i weszłam pod prysznic gdzie momętalnie uderzyła mnie fala ciepłej wody. Tak tego mi było trzeba. Stałam tak z pięc minut pozwalając wodzie swobodnie spływać po moim ciele, po czym zorientowałam sie, że takie coś nie ma najmniejszego sensu. Nałożyłam na siebie truskawkowy żel pod prysznic oraz czekoladowy szampon na włosy. Po czterech minutach dokładnej pielęgnacji włosów spłukałam szapmon i żel. Zakręciłam wodę i wyszłam spod prysznica, stawiając stopy na miękki puchowy, zielony dywanik. Wziełam mój różowy ręcznik, który ma już swoje lata, ale trudno mi sie z nim rozstać mam do niego straszny sentyment. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że to jedna z niewielu rzeczy po mamie. Chodź jej nie cierpię czasami potrafie wylać łzy nad jej zdjęciem z zapytaniem dlaczego? Dlaczego wolała go niż rodzinę? Owinęłam się szczelnie ręcznikiem i podeszłam do lustra. Tam rozczesałam włosy i dokładnie je wysuszyłam po czym zrobiłam sobie delikatny makijaż. Na górnej powiecie narysowałam cieniutkie kreski eyelinerem i dokładnie wytuszowałam rzęsy. Włożyłam kosmetyki do kosmetyczki, zgasiłam światło i udałam sie do swojego pokoju. Z komody wyciągnęłam czarną bieliznę, którą po chwili miałam na sobie. Uslyszałam dzwonek do drzwi, przez to, że byłam święcie przekonana, że to babcia zbiegłam na dół w samej bieliźnie i otworzyłam drzwi. Przedemną pojawił się niebieskooki brunet. W głowie miałam milion myśli na sekunde. Zapatrzyłam sie w jego oczy niczym zachipnotyzowana co ewidentnie go zakłopotało bo odwrócił wzrok. Na chwilę zupłenie zapomniałam o tym, że swoje przed obcym człowiekiem w samej bieliźnie.
- Em.. cześć. – Wydusił z siebie brunet po czym wyciągnął dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją. Dopiero teraz dotarło do mnie, że mój strój jest zbyt skąpy by paradować w nim przed nieznaną mi osobą. Jednym ruchem zamknęłam drzwi przed chłopakiem.
- Ja pierdole czy ja kiedykolwiek myśle? – Zadałam sobie sama pytanie z nadzieją, że ktoś mi odpowie. Założyłam na siebie pierwszą koszulkę, którą znalazłam, okazała sie to koszulka Louisa z logiem Nirvany. Z powrotem otworzyłam drzwi koledze mojego brata.
- Wiesz... jak wyglądam aż tak strasznie, że zamykasz mi drzwi przed nosem to przepraszam. – Chłopak uśmiechnął się do mnie idealnym uśmiechem, idealnie równe białe zęby. Jak ja nienawidzę takich ludzi.
- Musiałam załatwić pewną rzecz. – uśmiechnęłam się irocznie i pokazałam gest zachęcający do wejścia do domu – Wskakuj. – Wszedł do pomieszczenia, zamknęłam za nim drzwi i udałam się do kuchni.
- Louis zostawił dla ciebie tą teczkę. – przekazałam białą rzecz w ręce nieznajomego. – Napijesz się czegoś? – Gościnność nie jest mi zbyt znana, ale jak mus to mus.
- Wody jeśli mógłbym prosić, a tak wogóle to Jared jestem. – Kolejna rzecz której nienawidziłam w nim. Imie. Tom, kochanek mojej matki miał tak na drugie.
- Alex. – Odpowiedziałam mu krótku i podałam szklankę z wodą.
- Louis nigdy nie opowiadał, że ma tak piękną siostrę.
- Widzisz najwyraźniej wstydził się, że ma taką brzydotę w domu. – Uśmiechnęłam sie sztucznie do Jareda. Po pół godzinnej dyskusji na temat mojego wygląda, ogólnie na mój temat kolega Louisa opuścił nasz dom. Usiadłam na kanapie w salonie i bezsensownie gapiąc się w telewizor, myślałam o niebieskich oczach, pięknych włosach, twarzy, szczupłej sylwetce. Myślałam o nim. O Jaredzie. Ale przecież mam go nienawidzieć. No tak, tak nienawidzieć... – Rozmawiałam sama ze sobą. Przed moimi oczyma znów pojawił się on. Po piętnastominutowych przemyśleniach na temat tego osobnika ogarnęłam myśli i poszłam posprzątać w domu. Czynność, która zajęła mi niecałą godzinę została zrealizowana zgodnie z prośbą taty. W domu panował porządek, ale znając życie, babcia i tak sie do czegoś przyczepi.

- Cześć babciu! – otworzyłam radośnie drzwi i pierwsze co uczyniłam to mocno przytuliłam się z matką mojego ojca. Moja kochana babcia. Od małego spędzałam u niej jak najwięcej czasu, ponieważ rodzice wiecznie pracowali. Chodziłam z nia na spacery. Spałam u niej z Louisem, gotowała nam przepyszne obiady. Zaw...
- Dziecko kochane jaka ty jesteś chuda! – no i się zaczeło.
- Wszystkie kości ci widac, czy wy nie macie co jeść? – Babcia otworzyła lodówkę pełną zdrowej żywności. – Sałata, pomidory?! Przecież wy się tym nie najecie! Dobrze, że przyniosłam wam jedzenie! – Babcia latała jak oszalała z jednego miejsca na drugie.
- Boże Babciu! – złapałam ją za ramiona tak, że zetknęłyśmy się wzrokiem.
- Zrozum ja się po prostu o was martwię. – Kobieta spojrzała na mnie pełnym troski wzrokiem.
- Babciu tyle razy ci mówiłam nie jestem chuda. Jestem normalna taka już jestem po mamie. Przecież ojciec też jest szczupły to my mamy być grubi jak nie wiem co. Nie da rady, taka uroda. – Spojrzałam na babcie której poleciały łzy z oczu.
- Nie płacz babciu po prostu musisz się pogodzić z tym, że dorosliśmi.
- Tak Alex tak, masz rację. Przyniosłam wam rosół żebyście głodni nie chodzili. – Siedemdziesięciolatka wyjeła z torby trzy plastikowe pudełka z rosołem w środku.
- To dla ciebie, taty, i Lou. – Babcia pokazała poszczególnie palcem, które jedzenie jest dla kogo, ponieważ każdy lubi inaczej przyprawione. Ja wolę łagodne potrawy, tata pośrednie, a Louis jest pożeraczem wszystkiego co ostre.
- Babciu jesteś aniołem! – Tak babci rosołek jest najlepszy na świecie. Miałam zamiar podejść do babci i ją wyściskać ale w tym momęcie zadzwonił telefon.
- Halo? – w słuchawce odezwało się echo dzięki czemu słyszałam swój własny głos, którego nie trawię.
- Siema młoda! – No tak to Louis. – Jay mówił, że paradowałaś przed nim w bieliźnie mrmr! – mój starszy brat zaczął mi mruczeć do słuchawki jakby mu ktoś dogadzał.
- Zamknij twarz. Nie wiedziałam, że to on byłam w stu procentach przekonana, że to babcia. Nie ważne. Co chcesz?
- Ubierz coś seksownego, wpadamy z Jaredem po ciebie i czas na impreze! – mój brat zaczął wydawać dziwne okrzyki po drugiej stronie telefonu.
- Taaa, zwłaszcza jak babcia jest u nas to na pewno gdzieś wyjdziemy. Zresztą ja nie mam ochoty nigdzie z wami iść. – Odpowiedziałam mu bez głębszych emocji.
- Pozbądź się jej. – Usłyszałam głos szefa Lou i Jay’a – Dobra musze spadać nara! – I sie rozłączył. Tak jak zwykle kochany braciszek zostawił wszystko na mojej głowie. I co ja mam do cholery wymyśleć? Louis masz w morde!

_____________
Przepisując ten rodział z zeszytu na komputer, okazał on się o wiele krótszy niż myślałam. Obiecuje, że kolejne będą dłuższę, bo w tym nie mam zamiaru już wprowadzać poprawek. Nie jestem z niego zbytnio zadawolona, ale mam nadzieję, że was nie zawiodłam. :)

sobota, 18 sierpnia 2012

Prolog.



- Tata! – radosna dziewięciolatka podbiegła do swojego ojca nie mając kompletnie świadomości jak tragiczną wiadomość ma jej i Louisowi – starszemu bratu dziewczyny, do przekazania jeden z rodziców.
- Cześć księżniczko! – ojciec dwójki wspaniałych dzieci, próbował zachować codzienność. Uśmiechał się, nie dał po sobie poznać, że coś mogło się stać. Nie miał zamiaru mówić swojej córce, że jej matka nie żyje. Bo przecież jak powiedzieć niespełna dziewięciolatce, która dopiero zaczyna poznawać świat, że jej mama odeszła, że wolała jeździć na motorze ze swoim kochankiem niż być z rodziną w domu. Jak? Przez głowę mężczyzny przechodziły okropne myśli. Strach, ból, cierpienie. Miał zamiar powiedzieć swojemu synowi o zaistniałej sytuacji, ale kompletnie nie wiedział jak powiedzieć to jej. Swojej ukochanej córeczce, która tak cieszy się z życia. Biega po pokoju w różowym stroju księżniczki nieświadoma, że resztę życia spędzi bez swojej rodzicielki. Louis starszy syn Harrego zbiegł po schodach na dół domu.
- Cześć tato. – przybił z ojcem żółwika jak to mieli w zwyczaju, wziął swoją czarną bluzę i zbliżył się do drzwi wejsciowych.
- Gdzie idziesz? – zapytał go ojciec, z okropnym bólem w głosie. To wszystko jest tak trudne dla niego. Będzie tak trudne dla nich, jego dzieci.
- Idę z mamą po buty. Pamiętasz? Jak wyjeżdżała to się z nią umówiłem. – odpowiedział mu szesnastolatek. W ty momęcie Harry poczuł ogromny ucisk w sercu, poleciały mu łzy z oczu. Zwrócił się do syna by poczekał. Ten obrócił się w jego stronę pytającym wzrokiem. Samotny już w tej chwili ojciec nie wiedział jak ma wyjaśnić synowi swoje zachowanie. Jak ma wyjanić, że w ten dzień, czternastego kwietnia 1986 roku, jego dzieci zostały pół sierotami. W głowie mężczyzny znów pojawiły się pytania, na które nie potrafił sobie odpowiedzieć.
- Two... twoja matka nie żyje... – Ojciec wydusił to z siebie najciszej jak tylko potrafił, lecz wystarczająco głośno by każdy znajdujący się w tym pomieszczeniu to usłyszał. Syn Harrego złapał się za głowę po czym wybuchnął płaczem. Córka mężczyzny nie za bardzo wiedziała co ma zrobic więc poszła w ślady starszego brata. Nie docierało do niej, że to co powiedział jej ukochany tata jest prawdą. Jak jej mama może nie żyć? Przecież pojechała w delegację do Hiszpanii. Miała wrócić, miało się wszystko ułożyc, znów miała być zwykła sielanka w ich życiu. Lecz takie życie zostało wykluczone z ich życiorysu na zawsze. Jak to się stało? Jak mogło do tego dojść? Harry obwiniał się za to, że go tam nie było, przecież przysięgął, że zawsze pomoże żonie w potrzebie. A go tam nie było. Obwiniał się za zaistniałą sytuację, za to, że pozwolił matce swoich dzieci wyjechać w „ delegację ‘’ , nie mając żadnego pojęcia, że to tylko przykrywka by spotkać się z Tomem. Człowiekiem, którego niekiedyś Harry nazywał swoim przyjacielem. Teraz stracił ich obu. I żonę i przyjaciela. Obydwoje nie żyli. Dlaczego tak łatwo jej ufał? Dlaczego pozwolił jej wyjechać? Dlaczego? Przez jego głowę znów przechodziło milion pytań, na które nie znał odpowiedzi. Widok cierpiących dzieci łamał mu serce.


14 sierpnia, 1986.

- Jedziemy? – Zapytał z radością, w głosie Tom. Założył swojej ukochanej kask na głowę i obydwoje wsiedli na motor.
- Kochanie.. boję się. – Odparła mu na to trzydziesto-pięcio letnia Katherine. W głowie miała najczarniejsze scenariusze.
- Zaufaj mi, nic Ci się nie stanie. – Zaufanie kobiety było błędem. Trzy minuty później leżeli martwi na autostradzie. Po dziesieciu minutach przyjechała karetka, policja, ale było już za późno. Motor leżał obok nich w kawałkach a oni trzymali sie za ręcę. Taki piękny widok w tak tragicznej sytuacji. Policja nie wiedziała co ma zrobić. Koło miejsca wypadku przejeżdżał mąż Katherine. Zatrzymał się by sprawdzić co się stało. Zwykła ciekawość, która znów zawiodła.
- Ja pierdole! – Krzyknął mężczyzna i upadł na ziemie. Po co on tam szedł? Po co sprawdzał co sie stało. Jego żona nie żyła. Podbiegł do niego lekarz z zapytaniem czy zna te osoby. Mężczyzna nie potrafił wydusić z siebie słowa, widok jaki zobaczył wstrząsnął nim niesamowicie. Skinął twierdząco głową co miało być odpowiedzią.
- Kim oni są? – Podszedł do niego policjant z białym notesikiem. Nikt nie zwracał uwagi na to, że Harry klęczy na ziemi wśród porozbijanego szkła. Chcieli sie tylko dowiedzieć kto to jest i mieć świety spokój. A dla niego zawalił się właśnie cały świat. To przecież ona, najwspanialsza kobieta jaką znał. I Tom. Jego przyjaciel. Ale jak oni znaleźli się tu razem? Przecież ona miała być w Hiszpanii... Mąż Katherine miał przed oczami zdradę. Zdradę jego żony. Widział ją i jego najlepszego przyjaciela jak się obściskują. Jak jego ukochana żona kocha się z jego przyjacielem. Ogarnęła go nienawiść do tego człowieka. Wstał otrzepał kolana i jeszcze raz spojrzał na ciała. Czuł obrzydzenie, chęć zemsty, ale było już za późno.
- Czy mógłby mi pan odpowiedzieć na pytanie? – Z rozmyśleń mężczyzny wyrwał go głos potężnego policjanta.
- To moja żona.. i Tom.. Tom Henley. – Mężczyzna spojrzał na postać przed sobą cały zapłakany. Jedyne co mu pozostało to się zabić. Ale przecież ma dzieci. Dzieci z miłością swojego życia. A co jeśli to nie jego dzieci? Co jeśli to dzieci Toma? Widział najgorsze sceny przed oczami. Przecież przysięgała mu wiernośc do końca życia. Harry udał się do swojego samochodu, usiadł na miejscu kierowny i rozpłakał jak małe dziecko. Jego ukochana nie żyje. Jego żona z którą spedził 17 lat swojego życia. Przed szybą samochodu znów pojawił sie policjant. Czy on da mi wreszczcie spokój?- Pomyślał czterdziestolatek.
- Przepraszam, ale musi się pan udać z nami na komędę. Złożyć zeznania. Pańskie nazwisko? – Policjant spojrzał na zaciśnięte ręcę mężczyzny.
- Wesley...

____________________

Do napisania czegokolwiek zainspirował mnie pewien odcinek trudnych spraw. Ogladałam go bodajże w maju i myslałam nad tym, żeby coś napisać. Nie jest to oczywiście tak doskonałe jak opowiadania innych, ale wydaje mi się, że zbiegem czasu jeśli będę coraz wiecej pisać uda mi się się dojść do określonego celu. Pewne rozmowy na twitterze dały mi dużo do myślenia. Pewna osoba powiedziała mi, że każdy może pisac jeśli tylko włoży w to serce. To są dopiero początki, ale obiecuje, że zbiegem czasu będzie coraz lepiej. Pozdrawiam :)