Znów ta kompletna szarość.
Dlaczego w moim życiu nic nie może być proste? W uszach słuchawki, kompletne
odcięcie od świata. Czy robie dobrze? Czy źle? W głebi duszy sama powinnam
odpowiedziec sobie na te pytania. Co będzie ze mną dalej? Każda próba podjęcia nowej
walki konczy się porażką. Nigdy nie zaakceptuję siebie, swojego ciała. Nigdy
nie zaakceptuję, że to zdarzenie miało kiedykolwiek miejsce.
- Alex, córeczko. Ja lecę
do pracy, za nie całą godzinę wpadnie tu kolega Louisa po papiery, które są
uszykowane na dole w kuchni. – Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos ojca. No tak
jest dziesiąta tata idzie do pracy.
- Po południu przyjdzie babcia więc ogarnij tu trochę. – Na każde jego słowo po prostu przytakiwałam. Nie miałam ochoty wciagać się w żadne głebsze dyskusje, po prostu chce zostać sama, chodź wiadomość, że przyjdzie babcia niezmiernie mnie ucieszyła. Była to kobieta, którą od dziecka darzyłam niezwykłym szacunkiem i ogromną miłośćią. Była dla mnie zupełnie jak matka. Jej potrafię zwierzyć się z każdego jednego problemu. Wiem, że zawsze mi pomoże, kopnie w dupe kiedy będzie trzeba, nakrzyczy jak zrobie coś źle, ale zawsze będzie mnie kochać. Moje stosunki z tą kobietą są dobre jak z nikim. Wychowała mnie, pokazała mi jak kochać, jak być dobrym dzieckiem. Nauczyła mnie wszystkiego za co jestem jej cholernie wdzięczna. Bez niej nie była bym tym kim jestem.
- Po południu przyjdzie babcia więc ogarnij tu trochę. – Na każde jego słowo po prostu przytakiwałam. Nie miałam ochoty wciagać się w żadne głebsze dyskusje, po prostu chce zostać sama, chodź wiadomość, że przyjdzie babcia niezmiernie mnie ucieszyła. Była to kobieta, którą od dziecka darzyłam niezwykłym szacunkiem i ogromną miłośćią. Była dla mnie zupełnie jak matka. Jej potrafię zwierzyć się z każdego jednego problemu. Wiem, że zawsze mi pomoże, kopnie w dupe kiedy będzie trzeba, nakrzyczy jak zrobie coś źle, ale zawsze będzie mnie kochać. Moje stosunki z tą kobietą są dobre jak z nikim. Wychowała mnie, pokazała mi jak kochać, jak być dobrym dzieckiem. Nauczyła mnie wszystkiego za co jestem jej cholernie wdzięczna. Bez niej nie była bym tym kim jestem.
- Czy ty mnie wogóle
słuchasz? – Tata podszedł do mnie i pomachał mi ręką przed oczyma. – Na dole
zostawiłem ci pięćdziesiąt dolarów.
- Dziękuje tatusiu. – Nie
wiedzieć czemu, cholernie szeroko się uśmiechnęłam i wtuliłam w ojca. Nasze
kontakty nie są zbyt dobre, czasem nawet mam wrażenie, że podchodzimy do siebie
z dystansem. No, ale cóż po odejściu mamy tata w stu procentach poświęcił się
pracy.
- I najważniejsze, kocham
cię. – Słowa, które wypłynęły z jego ust także mną wstrząsneły. Nie często
słyszę od niego, że mnie kocha. Kiedyś powtarzał mi to codziennie, a teraz?
Teraz dopiero widać jak czas i wydarzenia zmieniają człowieka i jakie blizny
potrafią zostawić.
- Też cię kocham tato. Leć
już bo sie spóźnisz. – Podałam ojcu torbę, w której ma wszystko potrzebne do
pracy. Papiery, dokumenty, kawe itp. Tata ma swoją firmę budowlaną, co nie jest
zbyt dobre dla nas. Tak niby są pieniadze, ale przecież to nie to jest
najważniejsze. Ojca praktycznie nigdy nie ma w domu ciagle pracuje. Wychodzi
rano wraca w nocy i tak na okrągło. Spojrzałam przed siebie gdzie ojca już nie
było. No tak ostatnio ciągle mam głowę w chmurach i nie widzę co sie dzieje w
okół mnie. Postanowiłam zrobić czynność, którą zlecił mi tata lecz najpierw wolę
ogarnąć samą siebie. Udałam sie do łazienki gdzie z samego wejscia uderzyła
mnie woń męskich perfum. Jednak są plusy mieszkania z dwoma facetami. Zamknęłam
drzwi od łazienki i pierwszą czynnością jaką zrobiłam było spojrzenie w lustro.
No tak niedomyty makijaż z wczoraj, przetłuszczone włosy. Boże, jak ja mogłam
dopuścić do takiego stanu. Rozpuściłam włosy z niedbałego koka zdjęłam rzeczy
które miałam na sobie i weszłam pod prysznic gdzie momętalnie uderzyła mnie
fala ciepłej wody. Tak tego mi było trzeba. Stałam tak z pięc minut pozwalając
wodzie swobodnie spływać po moim ciele, po czym zorientowałam sie, że takie coś
nie ma najmniejszego sensu. Nałożyłam na siebie truskawkowy żel pod prysznic
oraz czekoladowy szampon na włosy. Po czterech minutach dokładnej pielęgnacji
włosów spłukałam szapmon i żel. Zakręciłam wodę i wyszłam spod prysznica,
stawiając stopy na miękki puchowy, zielony dywanik. Wziełam mój różowy ręcznik,
który ma już swoje lata, ale trudno mi sie z nim rozstać mam do niego straszny
sentyment. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że to jedna z niewielu rzeczy po
mamie. Chodź jej nie cierpię czasami potrafie wylać łzy nad jej zdjęciem z
zapytaniem dlaczego? Dlaczego wolała go niż rodzinę? Owinęłam się szczelnie
ręcznikiem i podeszłam do lustra. Tam rozczesałam włosy i dokładnie je
wysuszyłam po czym zrobiłam sobie delikatny makijaż. Na górnej powiecie
narysowałam cieniutkie kreski eyelinerem i dokładnie wytuszowałam rzęsy.
Włożyłam kosmetyki do kosmetyczki, zgasiłam światło i udałam sie do swojego
pokoju. Z komody wyciągnęłam czarną bieliznę, którą po chwili miałam na sobie.
Uslyszałam dzwonek do drzwi, przez to, że byłam święcie przekonana, że to
babcia zbiegłam na dół w samej bieliźnie i otworzyłam drzwi. Przedemną pojawił
się niebieskooki brunet. W głowie miałam milion myśli na sekunde. Zapatrzyłam
sie w jego oczy niczym zachipnotyzowana co ewidentnie go zakłopotało bo
odwrócił wzrok. Na chwilę zupłenie zapomniałam o tym, że swoje przed obcym
człowiekiem w samej bieliźnie.
- Em.. cześć. – Wydusił z
siebie brunet po czym wyciągnął dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją. Dopiero
teraz dotarło do mnie, że mój strój jest zbyt skąpy by paradować w nim przed
nieznaną mi osobą. Jednym ruchem zamknęłam drzwi przed chłopakiem.
- Ja pierdole czy ja kiedykolwiek myśle? – Zadałam sobie sama pytanie z nadzieją, że ktoś mi odpowie. Założyłam na siebie pierwszą koszulkę, którą znalazłam, okazała sie to koszulka Louisa z logiem Nirvany. Z powrotem otworzyłam drzwi koledze mojego brata.
- Ja pierdole czy ja kiedykolwiek myśle? – Zadałam sobie sama pytanie z nadzieją, że ktoś mi odpowie. Założyłam na siebie pierwszą koszulkę, którą znalazłam, okazała sie to koszulka Louisa z logiem Nirvany. Z powrotem otworzyłam drzwi koledze mojego brata.
- Wiesz... jak wyglądam aż
tak strasznie, że zamykasz mi drzwi przed nosem to przepraszam. – Chłopak
uśmiechnął się do mnie idealnym uśmiechem, idealnie równe białe zęby. Jak ja
nienawidzę takich ludzi.
- Musiałam załatwić pewną
rzecz. – uśmiechnęłam się irocznie i pokazałam gest zachęcający do wejścia do
domu – Wskakuj. – Wszedł do pomieszczenia, zamknęłam za nim drzwi i udałam się
do kuchni.
- Louis zostawił dla ciebie
tą teczkę. – przekazałam białą rzecz w ręce nieznajomego. – Napijesz się
czegoś? – Gościnność nie jest mi zbyt znana, ale jak mus to mus.
- Wody jeśli mógłbym
prosić, a tak wogóle to Jared jestem. – Kolejna rzecz której nienawidziłam w
nim. Imie. Tom, kochanek mojej matki miał tak na drugie.
- Alex. – Odpowiedziałam mu
krótku i podałam szklankę z wodą.
- Louis nigdy nie
opowiadał, że ma tak piękną siostrę.
- Widzisz najwyraźniej
wstydził się, że ma taką brzydotę w domu. – Uśmiechnęłam sie sztucznie do
Jareda. Po pół godzinnej dyskusji na temat mojego wygląda, ogólnie na mój temat
kolega Louisa opuścił nasz dom. Usiadłam na kanapie w salonie i bezsensownie
gapiąc się w telewizor, myślałam o niebieskich oczach, pięknych włosach,
twarzy, szczupłej sylwetce. Myślałam o nim. O Jaredzie. Ale przecież mam go
nienawidzieć. No tak, tak nienawidzieć... – Rozmawiałam sama ze sobą. Przed
moimi oczyma znów pojawił się on. Po piętnastominutowych przemyśleniach na
temat tego osobnika ogarnęłam myśli i poszłam posprzątać w domu. Czynność, która
zajęła mi niecałą godzinę została zrealizowana zgodnie z prośbą taty. W domu
panował porządek, ale znając życie, babcia i tak sie do czegoś przyczepi.
- Cześć babciu! –
otworzyłam radośnie drzwi i pierwsze co uczyniłam to mocno przytuliłam się z
matką mojego ojca. Moja kochana babcia. Od małego spędzałam u niej jak
najwięcej czasu, ponieważ rodzice wiecznie pracowali. Chodziłam z nia na
spacery. Spałam u niej z Louisem, gotowała nam przepyszne obiady. Zaw...
- Dziecko kochane jaka ty jesteś chuda! – no i się zaczeło.
- Dziecko kochane jaka ty jesteś chuda! – no i się zaczeło.
- Wszystkie kości ci widac,
czy wy nie macie co jeść? – Babcia otworzyła lodówkę pełną zdrowej żywności. –
Sałata, pomidory?! Przecież wy się tym nie najecie! Dobrze, że przyniosłam wam
jedzenie! – Babcia latała jak oszalała z jednego miejsca na drugie.
- Boże Babciu! – złapałam
ją za ramiona tak, że zetknęłyśmy się wzrokiem.
- Zrozum ja się po prostu o
was martwię. – Kobieta spojrzała na mnie pełnym troski wzrokiem.
- Babciu tyle razy ci
mówiłam nie jestem chuda. Jestem normalna taka już jestem po mamie. Przecież
ojciec też jest szczupły to my mamy być grubi jak nie wiem co. Nie da rady,
taka uroda. – Spojrzałam na babcie której poleciały łzy z oczu.
- Nie płacz babciu po
prostu musisz się pogodzić z tym, że dorosliśmi.
- Tak Alex tak, masz rację.
Przyniosłam wam rosół żebyście głodni nie chodzili. – Siedemdziesięciolatka
wyjeła z torby trzy plastikowe pudełka z rosołem w środku.
- To dla ciebie, taty, i
Lou. – Babcia pokazała poszczególnie palcem, które jedzenie jest dla kogo,
ponieważ każdy lubi inaczej przyprawione. Ja wolę łagodne potrawy, tata
pośrednie, a Louis jest pożeraczem wszystkiego co ostre.
- Babciu jesteś aniołem! –
Tak babci rosołek jest najlepszy na świecie. Miałam zamiar podejść do babci i
ją wyściskać ale w tym momęcie zadzwonił telefon.
- Halo? – w słuchawce
odezwało się echo dzięki czemu słyszałam swój własny głos, którego nie trawię.
- Siema młoda! – No tak to
Louis. – Jay mówił, że paradowałaś przed nim w bieliźnie mrmr! – mój starszy
brat zaczął mi mruczeć do słuchawki jakby mu ktoś dogadzał.
- Zamknij twarz. Nie
wiedziałam, że to on byłam w stu procentach przekonana, że to babcia. Nie
ważne. Co chcesz?
- Ubierz coś seksownego,
wpadamy z Jaredem po ciebie i czas na impreze! – mój brat zaczął wydawać dziwne
okrzyki po drugiej stronie telefonu.
- Taaa, zwłaszcza jak
babcia jest u nas to na pewno gdzieś wyjdziemy. Zresztą ja nie mam ochoty
nigdzie z wami iść. – Odpowiedziałam mu bez głębszych emocji.
- Pozbądź się jej. –
Usłyszałam głos szefa Lou i Jay’a – Dobra musze spadać nara! – I sie rozłączył.
Tak jak zwykle kochany braciszek zostawił wszystko na mojej głowie. I co ja mam
do cholery wymyśleć? Louis masz w morde!
_____________
Przepisując ten rodział z zeszytu na komputer, okazał on się o wiele krótszy niż myślałam. Obiecuje, że kolejne będą dłuższę, bo w tym nie mam zamiaru już wprowadzać poprawek. Nie jestem z niego zbytnio zadawolona, ale mam nadzieję, że was nie zawiodłam. :)