Jared :
- Ta ta ta ta! - rozgrzewałem swoje struny głosowe przed wejściem na scenę. Koncert charytatywny, będziemy grać same covery, ale od czegoś trzeba zacząć. Może jacyś ludzie zwrócą na nas uwagę i uda nam się wybić. Denerwowałem się jak zawsze, ale taka człowieka natura. Doskonale wiem o tym, że jak już tam wejdę i zacznę śpiewać po tremie zostanie tylko wspomnienie. Wspomnienie, które będzie powracało do mnie przed każdym kolejnym występem, ale to jest to o czym marzę, to co chciałem robić już od dawna. I wreszcie mam na to szansę. Zgromadziło się tu bardzo dużo osób, mam nadzieję, że chodź ktoś powie nam, że jesteśmy na tyle dobrzy, że będziemy mogli osiągnąć cokolwiek w przyszłości. Shannon stał w skupieniu i namiętnie nad czymś myślał. Matt natomiast spożywał jakiegoś batonika.
- Dobra chłopaki, jazda. To, na prawdę nasza wielka szansa więc błagam nie zjebmy tego. Jest tu mnóstwo ludzi, ludzi którzy mają duże stanowisko w branży światowej, ludzi którzy mogą nam pomóc się wybić. Jazda na scenę. Amen. - wszyscy się przeżegnaliśmy. Niezbyt wierzę w te całe bóżki, ale to taki nasz gest przed wyjściem na scenę. Wziałęm mojego akustyka w rękę i powędrowaliśmy na scenę. Wszyscy ludzie odwrócili się w stronę sceny. Pierwsze odgłosy perkusji, gitary no i jedziemy! Zaczęliśmy od piosenki Jamesa Blunta " You're beautiful". Jest to miłosna ballada, która wymaga perfekcji i wyczucia.
- My life is brilliant... - wyśpiewałem delikatnym głosem do mirofonu. Damska częśc publiczności zaczęła krzyczeć. Szczerze to nie spodziewałem się tego, ale to tylko pomogło pokonać mi tremę.
- You're beautiful, you're beautiful it's true.. - pokazałem palcem na jakąś brunetkę, która tylko nieśmiało uśmiechnęła się do mnie.
- I will never be with you! - Mój palec zwrócił się w stronę Shannona, co rozbawiło wszystkich ludzi. Spojrzałem na nich i uśmiechnąłem się.
- Jak się bawicie?! - Wykrzyczałem, na co oni odpowiedzieli głośnym krzykiem. O tym marzyłem całe moje życie. Zaśpiewaliśmy jeszcze dziesięt coverów, po czym niestety musieliśmy zejść ze sceny. Byłem strasznie spocony i cholernie chciało mi się pić. Dorwałem się do butelki wody co było w tej chwili moim jedynym marzeniem. Wytarłem się ręcznikiem i zdjąłem koszulkę. Ponieważ był środek lata było cholernie gorąco, więc bez żadnego dłuższego namysłu włożyłem ją sobie w spodnie dzięki czemu swobodnie zwisała. Postanowiłem rozejrzeć się po tym całym festynie więc wyszłem z częsci dla zespołów. Przed bramką stała grupka dziewczyn, która nieśmiało poprosiła mnie o autograf. Nigdy w życiu nie rozdawałem autografów. To, na prawdę cholernie miłe. Podpisałem każdą z kartek swoim imieniem.
- Jak się podobało? - zwróciłem się do nich.
- Buyło niesamowicie! Twój głos to wszystko! Jak się nazywacie? - odpowiedziała mi jedna z nich.
- Szczerze mówiąc to jeszcze nie jest oficjalne, ale jeżeli chciałybyście kiedyś poszukać nas to zawsze pod logiem 30 seconds to mars. - uśmiechnąłem się szeroko do nich. Poprosiły mnie o wspólne zdjęcie więc bez zastanowienia się zgodziłem. Po rozdaniu autografów, zrobienie zdjęć i krótkiej rozmowie, grzecznie je przeprosiłem i udałem się dalej. W pewnym momęcie poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
- Byłeś niesamowity! - odwróciłem się i zobaczyłem Alex. Mój boże czy to, na prawdę ona? Nie widzieliśmy się przecież tyle czasu.
- Co tutaj robisz?
- Louis urządza tutaj jakiś pokaz kulinarny więc zabrałam się z nim. - Brunetka poszła przed siebie, a ja ruszyłem za nią.
- Bardzo miło cię znów widzieć. I jak tam się życie układa?
- A nie powiem, że dobrze bo bym skłamała. - przysiedliśmy na jakiejś ławce. - Mam problemy z wagą bo ciągle mi skacze raz w górę, raz w dół. Babcia miała cięzki okres i bardzo chorowała, ale naszczęście teraz jest już wszystko dobrze. No i ten cholerny pajac. - tu wskazała na Louisa, który coś gotował a w okół niego było pełno ludzi.
- A co z nim ? - uśmiechnąłem się.
- On cierpi na debilstwo. A tak po za tym to powinniście zmienić styl grania. To co teraz zrobiliście jest okej, ale za dużo dzieci się wami zacznie interesować. Ta muzyka powinna być dla poważnych ludzi, no dobra dla pojebanych ludzi, ale ludzi, którzy ją zrozumieją i wiedzą czym jest prawdziwy rock!
- Sugerujesz, że jesteśmy zbyt..
- Piękni, młodzi ah i oh. Pokażcie, że umiecie ciężko zagrać a nie. Jak wy się w ogóle nazywacie?
- 30 seconds to mars. - spojrzałem na brunetkę.
- No właśnie trzydzieści sekund na marsa. To powinno się kojarzyć z kompletnym odlotem przy muzyce. Odlotem, którzy ludzie otrzymają po przesłuchaniu pare sekund waszych utworów. - To co ona mówiła miało sens, ale nie nawidzę kiedy ktoś wtrąca się i mówi mi co mam robić.
- Jasne, jasne może jeszcze ludzie mają pieprzyć się przy naszej muzyce?
- No i takie myślenie mi się podoba! - Alex uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie poznaję tej dziewczyny. Jeszcze nie dawno była tak cholernie zamknięta w sobie.
- No co tak na mnie patrzysz? Mówię ci jak jest, po prostu doradzam ci jako dobra.. koleżanka. - i gdzie jest to małe dziecko, które w niej tkwiło? - A teraz chodźmy na lody! - Okej, znalazłem je. Ona, na prawdę jest inna niż wszystkie. Ma swój styl bycia. Chodź jest cholernie dziecinna to i tak coś mnie do niej ciągnie. Przez ten czas kiedy się nie widzieliśmy, zdązyłem zapomnieć o tym, że cokolwiek przez jaką kolwiek chwilę do niej czułem, ale znów to wszystko powróciło. W tej dziewczynie jest tyle życia, tyle radości. Poszliśmy do budki z lodami.
- Jakie? - Alex spojrzała na mnie.
- Czekoladowe. - uśmiechnąłem się do niej.
- Dwie porcje czekoladowe poproszę.
- Ja zapłacę. - spojrzałem na nią i wręczyłem pani w średnim wieku dziesięcio dolarowy banknot.
- Okej jak sobie chcesz to płać. - Znowu przysiedliśmy na ławce. - Muszę ci powiedzieć, że coś nas łączy. - spojrzała na mnie. Moje serce zaczeło odrobinę szybciej bić.
- Co? Co.. co nas łączy?
- Obydwoje uwielbiamy czekoladowe lody.
- Racja. - posłałem jej kolejny serdeczny uśmiech. Nie wiem dlaczego moje serce tak zareagowało na słowa " coś nas łączy ". Ciekaw jestem co ona w tej chwili czuje. Nazywając siebie tylko moją koleżanką chyba określiła swoje uczucia do mojej osoby. Chciałbym abysmy byli chociaż przyjaciółmi. Spojrzałem na brunetkę, która z wielką niechęcią jadła czekoladowe lody.
- Co jest? - zapytałem.
- Za dużo, zaraz się porzygam. - Spojrzała na mnie z miną męczennika. Po chwili jej lody leżały na mojej twarzy a ona śmiała się w najlepsze.
- Nie ujdzie ci to na sucho, o nie! - Zacząłem ją gonić po całym polu gdzie odbywał się festiwal. W pewnym momęcie razem runęliśmy na ziemię i zrobiłem możliwie najgłupszą rzecz jaką mogłem w tej chwili zrobić - pocałowałem ją.
- Nienawidzę cię za to! - chodź odwzajemniła mój pocałunek zaczęła się na mnie wydzierać. Wstała z ziemi i poszła przed siebie.
- All, poczekaj przepraszam. - chwyciłem ją za nadgarstek.
- Zostaw mnie w spokoju. Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego?
- Nie wiem... - spojrzałem w ziemię, póściłem jej nadgarstek i poszłem w drugą stronę.
- Czekaj, coś ci spadło! - Alex krzyczała za mną, ale mimo tego się nie odwróciłem i szedłem dalej. Uświadomiłem sobie, że ta kobieta nie chce mnie w swoim życiu. Oddaliłem się od festiwalu na dość dużą odległość. Zrobiło się trochę chłodniej więc włożyłem na siebie koszulkę. Szukałem w kieszeni kartki z piosenką, ale jej nie znalazłem. Pewnie mi gdzieś wyleciała, jak pech to pełną parą. Tylko gdzie? Alex. Znowu ona. Ona ma to w rękach. Tak mi się wydaje, bo przecież krzyczała za mną, że coś mi wypadło. A z resztą może lepiej jak to przeczyta i zobaczy co czuję. Jedno z czego jestem dziś zadowolony to z tego pocałunku. Chodź żałuję, że to zrobiłem to w końcu spełnił się mój sen. Może po prostu trzeba troszkę powalczyć? Nie poddawać się? Może, ale jeszcze nie teraz nie dzisiaj. Wszystko było dobrze dopóki znów nie zachowałem się jak kretyn. Mogłem jej nie całować. Chodź jestem szczęśliwy, że mój sen, wizja czy co to tam było się spełnił to wiem, że teraz już tak łatwo się do niej nie zbliżę. I jeszcze powiedziała, że mnie nienawidzi pięknie! To życie jest do dupy.
Alex :
- Nienawidzę cię za to! - wykrzyczałam Jaredowi prosto w twarz. Po co mnie całował, po co? Przecież równie dobrze mógł tego nie robić a teraz? Teraz moje chore serce znowu coś poczuło do niego. Nie dość, że cały czas chodził przede mną z gołą klatą to jeszcze ten pocałunek. Alex do cholery ogarnij się! On wcale nie jest przystojny, wcale nie lubisz jego niebieskich oczu i tego pięknego uśmiechu... I tego pięknego ciała... O czym ja myślę, no kurwa ogarnij się dziewczyno! Moje myśli toczyły walkę ze mną. Wstałam z ławki i postanowiłam udać się do domu. Miałam bardzo dużo do przejścia, ale taki spacer dobrze mi zrobi. Po opuszczeniu terenu festiwalu szłam cały czas prosto tak jak do domu. Słychać było coraz słabszą muzykę dochodzącą z miejsca gdzie przed chwilą się znajdowałam. Po dwóch godzinach doszłam do domu. Byłam wykończona, nogi miałam jak z waty. Oczywiście nikogo w domu jeszcze nie było. Od razu weszłam pod prysznic. Czułam się cholernie spocona i brudna. Po zmyciu z siebie tego wszystkiego owinęłam się w ręcznik i poszłam do pokoju. Założyłam niebieskie majtki na siebie i czarną koszulkę z końmi. Otworzyłam okno w pokoju i usiadłam na łózku z laptopem. Poprzęglądąłam pare stron, poczytałam recenzje na temat dzisiejszego występu Jareda i reszty. Cholernie mi się nudziło. Wyłączyłam tego złoma i postawiłam na telewizje. Leciałam po programach jednak nic ciekawego nie leciało. Zostawiłam włączony telewizor na jakimś romansidle i od razu przypomniał mi się Jared. Do jasnej cholery niech on wyjdzie z mojej głowy.
- Alex! - usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Wyjrzałam przez okno i stała tam Anja.
- Już schodzę na dół. - uśmiechnęłam się do niej i wyszłam przed dom. Usiadłyśmy na ławce.
- Co się stało, że o tej porze przychodzisz? - spojrzałam na nią.
- Po pierwsze jutro będziesz pracować, bo muszę wyjechać. Po drugie zaraz ci powiem gdzie wyjechać.
- No dawaj.
- Pamiętasz Karla? - przytaknęłam - Zaprosił mnie jutro na randkę! - zaczęłam się mimowolnie śmiać.
- Dziewczyno masz dwadzieścia trzy lata a zachowujesz się jak pięciolatka. Facet cię zaprosił spoko trzeba wybrać jakieś ciuchy ładnie cię umalować i gotowa. - W głębi serca strasznie cieszyłam sie z jej szczęścia.
- Dobra to teraz ja ci coś opowiem. - Anja spojrzała na mnie z uśmiechem - wiesz kogo dzisiaj spotkałam na tym festiwalu?
- Johna?! - kiwnęłam przecząco głową z uśmiechem. - Czekaj, czekaj a ten ostatnio jak on miał... Jared?
- Tak dokładnie tak.
- No i co w związku z tym?
- Pocałował mnie. - spojrzałam na nią, na co ona spóściła szczękę w dół i zaczeła mnie przytulać.
- No to gratuluję kochanie.
- Ale to wcale nie jest dobrze. Bo ja chyba znów coś do niego czuję... - spóściłam głowę w dół.
- Śmiejesz się z jego dennych żartów?
- Nie wiem.
- Czyli jesteś zaślepiona nim. Kochasz go. - spojrzałam na Anje.
- Chyba żartujesz... Wcale go nie kocham. - Po czterogodzinnej rozmowie z moją przyjaciółką pożegnałyśmy się i w końcu poszłam do domu. W między czasie Louis i tata także wrócili. Nadal miałam w głowie słowa Anji. Przecież ja go nie kocham, on mnie denerwuje. Nie mogę go kochać. Może to jakieś zauroczenie, na pewno niedługo mi minie. Położyłam się do łózka i w końcu zasnęłam.
__________________________
Najprawdopodobniej jest to już ostatni rozdział w tym roku, dlatego chciałam wam wszystkim życzyć udanego sylwestra i szczęśliwego nowego roku. Niech się spełnią wszystkie wasze, nawet te najskrytsze marzenia. A teraz na temat tego rozdziału. Część Alex to kompletna porażka, ale tak to czasami bywa, że przez te gorsze rzeczy też trzeba przejść. Jeszcze raz szczęśliwego nowego roku! :)
czwartek, 27 grudnia 2012
sobota, 22 grudnia 2012
4. The real dream.
Jared :
Jasna tafla światła uderzyła moją twarz. Chciałem otworzyć oczy, ale nie mogłem. Co się do cholery dzieje? Słyszałem w okół siebie głosy Shannona i jeszcze kogoś, ale nie umiałem zidentyfikować kto to był. Tak potwornie boli mnie głowa. Dobra Jay weź się w garść i na trzy otwieramy oczy. Raz, dwa, trzy! Moje powieki lekko uniosły się w górę, dzięki czemu mogłem zobaczyć Shannona i obcego mi człowieka.
- No nareszcie stary ile można spać? - Shannon nachylił się na de mną i zaczął mi machać.
- Co się stało? Gdzie ja jestem ? - rozejrzałem się po pokoju, w którym aktualnie się znajdowałem. To na pewno nie był mój dom. Jest zbyt biało, sztywnie i ten specyficzny zapach... Szpital.
- Jesteś w szpitalu braciszku. Nie potrafisz chodzić to teraz cierp za swoje błędy. - Starszy brat uśmiechnął się do mnie i usiadł na krześle przy szpitalnym łóżku.
- Ale jak to się stało? Gdzie jest Alex? - Nie mogłem sobie nic przypomnieć. Ostatnie co pamiętam to mój pocałunek z All.
- Jaka Alex czy tobie już do końca na mózg padło? Byliśmy na próbie, pamiętasz? - przytaknąłem. - Wymyślaliśmy nazwę zespołu, po czym zacząłeś tak bardzo skakać z radości, że potknąłeś się o moje bębny i właśnie tak o to znalazłeś się tutaj. - Poczułem nieprzyjemnie ciepło na mojej głowie wiec momętalnie ją dotknąłem.
- Plaster, masz troszkę rozwaloną główkę. - Spojrzałem na niego przerażony. Nie, nie z powodu rozwalonej głowy tylko z powodu tego, że jeśli to wszystko przebiegało tak jak Shannon mówił nigdy nie pocałowałem Alex. Przecież to było takie prawdziwe. Dlaczego ja mam takiego pecha w życiu?
- Wytłumacz mi coś. - zwróciłem się do Shannona. - Od próby zespołu jestem cały czas tutaj, tak? Nigdzie więcej nie byłem i cały czas masz mnie na oku?
- Właśnie tak.
- Kurwa mać! - krzyknąłem znacznie głośniej niż chciałem. Do sali przybiegł lekarz, na jego plakietce wyczytałem nazwisko Hudson.
- Jak się pan czuje, panie Leto? - spojrzał na mnie i odłączył mnie od kroplówki.
- Nie potrafię określić tego jak się czuję. Mam mętlik w głowie. Po prostu strasznie mnie to boli, nieważnie. Kiedy będę mógł z tąd wyjść?
- Jeśli wszystko będzie dobrze, opuścisz szpital po południu. - Uśmiechnął sie i wyszedł z sali. Poczułem, że muszę iść skorzystać z toalety. Usiadłem na łózku, ale znacznie gorzej było z wstaniem.
- Shannon mógłbyś ruszyć ten twój tłusty zadek i mi pomóc?
- Sam masz grubą dupę do jasnej cholery! - krzyknął do mnie z pełną buzią czekolady. - I tak już ci pomagam. - Po załatwieniu swojej potrzeby w toalecie postanowiłem przejść się po korytarzu. Nie lubię marnować czasu na leżenie w łózku czy spaniu. Życie jest zbyt krótkie żeby przejmować się faktem czy jest się wyspanym czy nie. Przechadzałem się korytarzami przed dobre pół godziny. Moje myśli krążyły cały czas w okół jednej osoby. Alex. Co jest w niej takiego, że tak bardzo mnie do niej ciągnie? Jest bardzo atrakcyjna to raz. Ale co dalej? No dobra ma fajny charakter, bardzo podoba mi się jej podejście do życia. Jest, po prostu.. no nie wiem, nie wiem jak mam ją określić. Nie jest ideałem bo do ideału każdemu z nas brakuje bardzo dużo. Ale jest kimś wyjątkowym. Tak to odpowiednie słowo.
- Jared? - usłyszałem za sobą głos należący do mojej matki.
- Cześć mamo. - przytuliłem swoją rodzicielke do siebie.
- Jak się czujesz ? Nic ci nie jest wszystko dobrze?
- Tak mamo, spokojnie. Nic mi nie jest nie raz zrobiłem sobie krzywdę więc i z tego wybrnę. - uśmiechnąłem sie szeroko.
- Mam nadzieję bo mam dla ciebie małą propozycję, ale to zaraz. Chodźmy do sali. - Wziąłem ją pod rękę i udaliśmy się w stronę sali, na której powinnienem przebywać. Obserwowałem ludzi, którzy tak jak ja postanowili pójść na spacer po szpitalnym korytarzu. Na ich twarzach jest tyle smutku, bezradności i żalu. Gdybym tylko umiał strasznie chciałbym im pomóc. W oczy rzuciła mi się postać, bardzo podobna do Alex. Ale co ona by tutaj robiła? Chyba, na prawdę zaczynam wariować.
Alex :
Obudziłam się o godzinie dziesiątej. Od razu postanowiłam pójść pod prysznic. Po wykonaniu wszystkich czynności związanych z chigieną usłyszałam, że telefon dzwoni.
- Nawet rano nie dadzą człowiekowi spokoju. Halo? - odebrałam i w słuchawce odezwał sie głos ojca.
- Słuchaj, babcia jest w szpitalu... - Zrobiło mi się słabo na samą myśl.
- Boże co jej się stało? W jakim szpitalu, gdzie? Ja muszę do niej pojechać! - zaczełam krzyczeć jak opętana do słuchawki. Babcia to dla mnie najważniejszy człowiek na świecie nie wybaczyłabym sobie gdyby coś jej sie stało a ja nie zrobiłam bym wszystkiego żeby jej pomóc.
- Ma problemy z sercem, ale nie martw się to nic poważnego. Louis zaraz podjedzie pod dom i razem do niej pojedziecie. Masz jakieś pięć minut więc się zbieraj. Zobaczymy się wieczorem. Pa.
- Pa. - odłożyłam telefon i w biegu pobiegłam na górę. Założyłam na siebie byle jakie ciuchy, związałam włosy w koka, włożyłam buty na nogi, płaszcz i wybiegłam z domu. Pod domem tak jak mówił tata stał samochód Louisa. Wbiegłam do niego i momętalnie ruszyliśmy w stronę szpitala.
- Kiedy trafiła do szpitala? - Brat nie odpowiedział mi na moje pytanie. - Louis?
- Sorry, zamyśliłem się. W nocy zabrało ją pogotowie. Ma problemy z sercem, ale na prawdę nie masz się czym martwić. - Na jego twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Czyli jest coś czego nie chcą mi powiedzieć za dobrze ich znam. Po dotarciu do szpitala obydwoje wybiegliśmy z samochodu i udaliśmy się do dyżurki.
- Przepraszam, moja znaczy nasza babcia trafiła tu dzisiaj w nocy mogłaby nam pani powiedzieć w jakiej sali się znajduje?
- Nazwisko?
- Wesley. Julia Wesley.
- Sala numer 314.
- Dziękuje. - Uśmiechnęłam się do pani w dyżurce i pobiegłam w stronę sali. Poszukiwania zajeły nam około pięciu minut. Wpadłam do sali, na której leżała babcia i od raazu do niej podbiegłam. Pojedyńcze łzy zaczęły spływać po moim policzku.
- Alex, Louis. Cieszę się, że was widzę. - Babcia wysiliła się na uśmiech i zcisnęła moją dłoń.
- Jak się czujesz? - zapytałam.
- Dobrze, kochanie nie masz czymś się martwić. To tylko mały problem. Poobserwują mnie, nafaszerują lekami i wszystko będzie dobrze. - Przytuliłam ją mocno do siebie.
- Louis słońce mogłbyś mi przynieśc szklankę wody?
- Jasne babciu. - Mój starszy brat podał babci szklankę z wodą.
- Ale babciu jak to sie stało jak? Jak to się stało, że tutaj jesteś? - łzy nadal leciały mi z oczu, nie umiałam tego kontrolować. Jeszcze nie wiem co jej jest, ale na prawdę tak bardzo ją kocham nie chce żeby stało jej sie cokolwiek złego. To ona zawsze chroniła nas od zła, więc teraz czas się zrewanżować.
- Bardzo bolało mnie serce wczoraj. Wiecie, że od dawna choruję na nie więc czasami mój stan może się pogorszyć. Ale spokojnie już jest wszystko dobrze, nic mnie nie boli. Na prawdę proszę was nie przejmujcie się mną. - Babcia po raz kolejny uśmiechnęła się do nas. Znów przytuliłam ją mocno do siebie. Siedziałam z nią do rana następnego dnia, aż przyszedł Louis i zabrał mnie do domu. Pomimo silnego zmęczenie nie mogłam zasnąć. Nie dawała mi spokoju ta sprawa z babcią. Widzę, że coś przede mną ukrywają. No i jeszcze Jared. Na jaką cholerę zadałam mu to pytanie? Zresztą to teraz najmniejszy problem. Po półgodzinnych przemyśleniach w końcu udało mi się zasnąć. Obudziłam się o godzinie siedemnastej, zjadłam na szybko bułkę, wykąpałam się, przebrałam i poszłam na autobus aby pojechać do babci. Jak zwykle w takie dni padał deszcz, a ja nie miałam parasola. Cóż z cukru nie jestem nie roztopię się. Wsiadłam do autobusu cała przemoczona, ale szczerze mówiąc to miałam to gdzieś. Po dodarciu na miejsce udałam sie do sali, na której znajdowała się matka mojego ojca. Wyglądała znacznie lepiej niż wczoraj. Przytuliłam ją mocno do siebie i ucałowałam.
- Przejdziemy się? - zaproponowała babcia, więc pomogłam jej wstać, wzięłam ją pod rękę i poszliśmy wzdłóz korytarza.
- Jak się czujesz? - uśmiechnęłam się do niej co było ewidentnie sztuczne, ale nie mogę dać po sobie poznać tego, że się martwię. Wiem, że jeśli by to wyczuła nie powiedziła by mi już nic na temat swojego stanu zdrowia bylebym tylko się nie zadręczała.
- Dużo lepiej niż wczoraj, dziecko, dużo lepiej. - ścisnęłam jej dłoń. Przechadzałyśmy się po korytarzu rozmawiając o moich planach na przyszłość. Szczerze mówiąc to kompletnie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zdałam liceum na bardzo dobrych wynikach, mam maturę i co dalej? Chciałam studiować fotografię, ponieważ bardzo mnie to interesuje, ale jakoś nie mam narazie zapału do tego. Teraz najważniejsze jest to żeby wszystko powróciło do normalności. Obserwowałam ludzi i w pewnym momęcie zobaczyłam Jareda w objęciach jakiejś starszej kobiety. No pięknie jeszcze jego mi tu brakowało. Stanęłam na chwilkę na przeciwko babci.
- Babciu.. proszę cię jeśli coś się dzieje to powiedz mi. Widzę, że coś przede mną ukrywacie. Proszę cię powiedz mi o co chodzi. - Musiałam zadać babci te pytania, ponieważ dzięki temu stałam tyłem do niego więc była tylko jedna druga szans, że mnie rozpozna. Naszczęście nie rozpoznał. Tylko co on tutaj robi? Do cholery, Alex ogarnij się i daj sobie z nim spokój. Potrząsnełam głową i spojrzałam na babcie.
- Słuchasz ty mnie wogóle? Tak jak ci mówiłam nic przed tobą nie ukrywam, wiesz, że byłabyś pierwszą osobą, której powiedziałabym gdyby mi coś było. Na prawdę wszystko jest dobrze nie masz czymś się martwić kochanie. - Po raz kolejny przytuliłyśmy się mocno do siebie i powróciłyśmy na salę. Babcia poszła z lekarzem na badania a ja zostałam sama czekając za nią. Usiadłam na parapecie wpatrując się w widok za oknami szpitala. Nawet ładnie tutaj mają. Jednak cały czas myślałam o co w tym wszystkim chodzi. Nie kocham go, nie to na pewno nie jest to. Po prostu czuję, że coś mnie przyciąga do tego człowieka. Mam nadzieję, że z czasem mi to minie. Zobaczyłam babcie w drzwiach więc szeroko się uśmiechnęłam, jednak mój uśmiech szybko zniknął z twarzy kiedy zobaczyłam ją całą bladą. W pare sekund leżała już na ziemi nie przytomna.
- Babciu! - podbiegłam do niej i zaczełam wołać o pomoc na cały szpital.
_________________________
Tak, tak, wiem bardzo krótki rozdział. Wiem też, że strasznie zaniedbałam tego bloga, ale to wszystko się zmieni. Mam nadzieję, że się będzie się podobać. Rozdziały będą się teraz pojawiać co tydzień. Pozdrawiam. :)
Jasna tafla światła uderzyła moją twarz. Chciałem otworzyć oczy, ale nie mogłem. Co się do cholery dzieje? Słyszałem w okół siebie głosy Shannona i jeszcze kogoś, ale nie umiałem zidentyfikować kto to był. Tak potwornie boli mnie głowa. Dobra Jay weź się w garść i na trzy otwieramy oczy. Raz, dwa, trzy! Moje powieki lekko uniosły się w górę, dzięki czemu mogłem zobaczyć Shannona i obcego mi człowieka.
- No nareszcie stary ile można spać? - Shannon nachylił się na de mną i zaczął mi machać.
- Co się stało? Gdzie ja jestem ? - rozejrzałem się po pokoju, w którym aktualnie się znajdowałem. To na pewno nie był mój dom. Jest zbyt biało, sztywnie i ten specyficzny zapach... Szpital.
- Jesteś w szpitalu braciszku. Nie potrafisz chodzić to teraz cierp za swoje błędy. - Starszy brat uśmiechnął się do mnie i usiadł na krześle przy szpitalnym łóżku.
- Ale jak to się stało? Gdzie jest Alex? - Nie mogłem sobie nic przypomnieć. Ostatnie co pamiętam to mój pocałunek z All.
- Jaka Alex czy tobie już do końca na mózg padło? Byliśmy na próbie, pamiętasz? - przytaknąłem. - Wymyślaliśmy nazwę zespołu, po czym zacząłeś tak bardzo skakać z radości, że potknąłeś się o moje bębny i właśnie tak o to znalazłeś się tutaj. - Poczułem nieprzyjemnie ciepło na mojej głowie wiec momętalnie ją dotknąłem.
- Plaster, masz troszkę rozwaloną główkę. - Spojrzałem na niego przerażony. Nie, nie z powodu rozwalonej głowy tylko z powodu tego, że jeśli to wszystko przebiegało tak jak Shannon mówił nigdy nie pocałowałem Alex. Przecież to było takie prawdziwe. Dlaczego ja mam takiego pecha w życiu?
- Wytłumacz mi coś. - zwróciłem się do Shannona. - Od próby zespołu jestem cały czas tutaj, tak? Nigdzie więcej nie byłem i cały czas masz mnie na oku?
- Właśnie tak.
- Kurwa mać! - krzyknąłem znacznie głośniej niż chciałem. Do sali przybiegł lekarz, na jego plakietce wyczytałem nazwisko Hudson.
- Jak się pan czuje, panie Leto? - spojrzał na mnie i odłączył mnie od kroplówki.
- Nie potrafię określić tego jak się czuję. Mam mętlik w głowie. Po prostu strasznie mnie to boli, nieważnie. Kiedy będę mógł z tąd wyjść?
- Jeśli wszystko będzie dobrze, opuścisz szpital po południu. - Uśmiechnął sie i wyszedł z sali. Poczułem, że muszę iść skorzystać z toalety. Usiadłem na łózku, ale znacznie gorzej było z wstaniem.
- Shannon mógłbyś ruszyć ten twój tłusty zadek i mi pomóc?
- Sam masz grubą dupę do jasnej cholery! - krzyknął do mnie z pełną buzią czekolady. - I tak już ci pomagam. - Po załatwieniu swojej potrzeby w toalecie postanowiłem przejść się po korytarzu. Nie lubię marnować czasu na leżenie w łózku czy spaniu. Życie jest zbyt krótkie żeby przejmować się faktem czy jest się wyspanym czy nie. Przechadzałem się korytarzami przed dobre pół godziny. Moje myśli krążyły cały czas w okół jednej osoby. Alex. Co jest w niej takiego, że tak bardzo mnie do niej ciągnie? Jest bardzo atrakcyjna to raz. Ale co dalej? No dobra ma fajny charakter, bardzo podoba mi się jej podejście do życia. Jest, po prostu.. no nie wiem, nie wiem jak mam ją określić. Nie jest ideałem bo do ideału każdemu z nas brakuje bardzo dużo. Ale jest kimś wyjątkowym. Tak to odpowiednie słowo.
- Jared? - usłyszałem za sobą głos należący do mojej matki.
- Cześć mamo. - przytuliłem swoją rodzicielke do siebie.
- Jak się czujesz ? Nic ci nie jest wszystko dobrze?
- Tak mamo, spokojnie. Nic mi nie jest nie raz zrobiłem sobie krzywdę więc i z tego wybrnę. - uśmiechnąłem sie szeroko.
- Mam nadzieję bo mam dla ciebie małą propozycję, ale to zaraz. Chodźmy do sali. - Wziąłem ją pod rękę i udaliśmy się w stronę sali, na której powinnienem przebywać. Obserwowałem ludzi, którzy tak jak ja postanowili pójść na spacer po szpitalnym korytarzu. Na ich twarzach jest tyle smutku, bezradności i żalu. Gdybym tylko umiał strasznie chciałbym im pomóc. W oczy rzuciła mi się postać, bardzo podobna do Alex. Ale co ona by tutaj robiła? Chyba, na prawdę zaczynam wariować.
Alex :
Obudziłam się o godzinie dziesiątej. Od razu postanowiłam pójść pod prysznic. Po wykonaniu wszystkich czynności związanych z chigieną usłyszałam, że telefon dzwoni.
- Nawet rano nie dadzą człowiekowi spokoju. Halo? - odebrałam i w słuchawce odezwał sie głos ojca.
- Słuchaj, babcia jest w szpitalu... - Zrobiło mi się słabo na samą myśl.
- Boże co jej się stało? W jakim szpitalu, gdzie? Ja muszę do niej pojechać! - zaczełam krzyczeć jak opętana do słuchawki. Babcia to dla mnie najważniejszy człowiek na świecie nie wybaczyłabym sobie gdyby coś jej sie stało a ja nie zrobiłam bym wszystkiego żeby jej pomóc.
- Ma problemy z sercem, ale nie martw się to nic poważnego. Louis zaraz podjedzie pod dom i razem do niej pojedziecie. Masz jakieś pięć minut więc się zbieraj. Zobaczymy się wieczorem. Pa.
- Pa. - odłożyłam telefon i w biegu pobiegłam na górę. Założyłam na siebie byle jakie ciuchy, związałam włosy w koka, włożyłam buty na nogi, płaszcz i wybiegłam z domu. Pod domem tak jak mówił tata stał samochód Louisa. Wbiegłam do niego i momętalnie ruszyliśmy w stronę szpitala.
- Kiedy trafiła do szpitala? - Brat nie odpowiedział mi na moje pytanie. - Louis?
- Sorry, zamyśliłem się. W nocy zabrało ją pogotowie. Ma problemy z sercem, ale na prawdę nie masz się czym martwić. - Na jego twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Czyli jest coś czego nie chcą mi powiedzieć za dobrze ich znam. Po dotarciu do szpitala obydwoje wybiegliśmy z samochodu i udaliśmy się do dyżurki.
- Przepraszam, moja znaczy nasza babcia trafiła tu dzisiaj w nocy mogłaby nam pani powiedzieć w jakiej sali się znajduje?
- Nazwisko?
- Wesley. Julia Wesley.
- Sala numer 314.
- Dziękuje. - Uśmiechnęłam się do pani w dyżurce i pobiegłam w stronę sali. Poszukiwania zajeły nam około pięciu minut. Wpadłam do sali, na której leżała babcia i od raazu do niej podbiegłam. Pojedyńcze łzy zaczęły spływać po moim policzku.
- Alex, Louis. Cieszę się, że was widzę. - Babcia wysiliła się na uśmiech i zcisnęła moją dłoń.
- Jak się czujesz? - zapytałam.
- Dobrze, kochanie nie masz czymś się martwić. To tylko mały problem. Poobserwują mnie, nafaszerują lekami i wszystko będzie dobrze. - Przytuliłam ją mocno do siebie.
- Louis słońce mogłbyś mi przynieśc szklankę wody?
- Jasne babciu. - Mój starszy brat podał babci szklankę z wodą.
- Ale babciu jak to sie stało jak? Jak to się stało, że tutaj jesteś? - łzy nadal leciały mi z oczu, nie umiałam tego kontrolować. Jeszcze nie wiem co jej jest, ale na prawdę tak bardzo ją kocham nie chce żeby stało jej sie cokolwiek złego. To ona zawsze chroniła nas od zła, więc teraz czas się zrewanżować.
- Bardzo bolało mnie serce wczoraj. Wiecie, że od dawna choruję na nie więc czasami mój stan może się pogorszyć. Ale spokojnie już jest wszystko dobrze, nic mnie nie boli. Na prawdę proszę was nie przejmujcie się mną. - Babcia po raz kolejny uśmiechnęła się do nas. Znów przytuliłam ją mocno do siebie. Siedziałam z nią do rana następnego dnia, aż przyszedł Louis i zabrał mnie do domu. Pomimo silnego zmęczenie nie mogłam zasnąć. Nie dawała mi spokoju ta sprawa z babcią. Widzę, że coś przede mną ukrywają. No i jeszcze Jared. Na jaką cholerę zadałam mu to pytanie? Zresztą to teraz najmniejszy problem. Po półgodzinnych przemyśleniach w końcu udało mi się zasnąć. Obudziłam się o godzinie siedemnastej, zjadłam na szybko bułkę, wykąpałam się, przebrałam i poszłam na autobus aby pojechać do babci. Jak zwykle w takie dni padał deszcz, a ja nie miałam parasola. Cóż z cukru nie jestem nie roztopię się. Wsiadłam do autobusu cała przemoczona, ale szczerze mówiąc to miałam to gdzieś. Po dodarciu na miejsce udałam sie do sali, na której znajdowała się matka mojego ojca. Wyglądała znacznie lepiej niż wczoraj. Przytuliłam ją mocno do siebie i ucałowałam.
- Przejdziemy się? - zaproponowała babcia, więc pomogłam jej wstać, wzięłam ją pod rękę i poszliśmy wzdłóz korytarza.
- Jak się czujesz? - uśmiechnęłam się do niej co było ewidentnie sztuczne, ale nie mogę dać po sobie poznać tego, że się martwię. Wiem, że jeśli by to wyczuła nie powiedziła by mi już nic na temat swojego stanu zdrowia bylebym tylko się nie zadręczała.
- Dużo lepiej niż wczoraj, dziecko, dużo lepiej. - ścisnęłam jej dłoń. Przechadzałyśmy się po korytarzu rozmawiając o moich planach na przyszłość. Szczerze mówiąc to kompletnie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zdałam liceum na bardzo dobrych wynikach, mam maturę i co dalej? Chciałam studiować fotografię, ponieważ bardzo mnie to interesuje, ale jakoś nie mam narazie zapału do tego. Teraz najważniejsze jest to żeby wszystko powróciło do normalności. Obserwowałam ludzi i w pewnym momęcie zobaczyłam Jareda w objęciach jakiejś starszej kobiety. No pięknie jeszcze jego mi tu brakowało. Stanęłam na chwilkę na przeciwko babci.
- Babciu.. proszę cię jeśli coś się dzieje to powiedz mi. Widzę, że coś przede mną ukrywacie. Proszę cię powiedz mi o co chodzi. - Musiałam zadać babci te pytania, ponieważ dzięki temu stałam tyłem do niego więc była tylko jedna druga szans, że mnie rozpozna. Naszczęście nie rozpoznał. Tylko co on tutaj robi? Do cholery, Alex ogarnij się i daj sobie z nim spokój. Potrząsnełam głową i spojrzałam na babcie.
- Słuchasz ty mnie wogóle? Tak jak ci mówiłam nic przed tobą nie ukrywam, wiesz, że byłabyś pierwszą osobą, której powiedziałabym gdyby mi coś było. Na prawdę wszystko jest dobrze nie masz czymś się martwić kochanie. - Po raz kolejny przytuliłyśmy się mocno do siebie i powróciłyśmy na salę. Babcia poszła z lekarzem na badania a ja zostałam sama czekając za nią. Usiadłam na parapecie wpatrując się w widok za oknami szpitala. Nawet ładnie tutaj mają. Jednak cały czas myślałam o co w tym wszystkim chodzi. Nie kocham go, nie to na pewno nie jest to. Po prostu czuję, że coś mnie przyciąga do tego człowieka. Mam nadzieję, że z czasem mi to minie. Zobaczyłam babcie w drzwiach więc szeroko się uśmiechnęłam, jednak mój uśmiech szybko zniknął z twarzy kiedy zobaczyłam ją całą bladą. W pare sekund leżała już na ziemi nie przytomna.
- Babciu! - podbiegłam do niej i zaczełam wołać o pomoc na cały szpital.
_________________________
Tak, tak, wiem bardzo krótki rozdział. Wiem też, że strasznie zaniedbałam tego bloga, ale to wszystko się zmieni. Mam nadzieję, że się będzie się podobać. Rozdziały będą się teraz pojawiać co tydzień. Pozdrawiam. :)
niedziela, 28 października 2012
3. It's my life.
Alex :
Nazywam się Alexandra Wesley. Wszyscy mówią na mnie Alex. Nienawidzę tego imienia. Mam 170 cm wzrostu, ciemne włosy i zielone oczy. 22 lata i dość szczupłą figurę. To tyle jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Mam starszego brata Louisa, którego bardzo kocham. Bądź co bądź jest moim starszym bratem. Do dziewiątego roku życia wychowywałam się w szczęśliwej rodzinie o ile to tak można nazwać. Po prostu była mama był tata i wszystko było dobrze. Niestety dwa dni przed moimi dziewiątymi urodzinami zdarzyła się rodzinna tragedia, mianowicie zmarła mama. Dla całej naszej trójki był to ogromny wstrząs. Nikt nie mógł sobie poradzić z tym co się stało, każdy z nas przeżywał to z osobna. Louis zamknął się kompletnie w sobie tak samo jak ja. Nie umiałam rozmawiać z innymi dziećmi, nie potrafiłam słuchać kiedy moje koleżanki opowiadały o swoich mamach, gdzie to z nimi nie były, czego nie robiły, w co się bawiły. Tak, może to wydaje się banalne, ale byłam małym dzieckiem. Louis przestał chodzić do szkoły, cały czas wagarował nie dawał sobie pomóc. Natomiast tata w stu procentach poświęcił się pracy byle by tylko nie myśleć o zaistniałej sytuacji. Dopiero babcia postawiła nas jakoś na nogi. Tłumaczyła, że tak się czasami zdarza, ale trzeba żyć bez względu na wszystko podążać za swoimi marzeniami. Zapisała nas w dwójkę do psychologa co moim zdaniem gówno nam dało, ale przecież to pomaga, to wyciągnie cię z depresji. Tak jasne, prędzej wpakuje do grobu. Nigdy nie wybiorę się do psychologa, który pierdoli przez godzinę o tym, że twoja matka nie żyję. Tyle to ja już wiem, miałeś mi pomóc a nie jeszcze bardziej dołować. Tak, naprawdę wychowała mnie babcia. Od najmłodszych lat cały czas była ze mną. Rodzice nigdy nie mieli czasu dla nas tyle co, każdą niedziele spędzaliśmy razem. Będąc dzieckiem wymagano ode mnie perfekcji we wszystkim. Miałam mieć najlepsze oceny, być najlepsza we wszystkim. Jeśli coś mi nie wyszło cisnęli mnie tak długo, aż byłam najlepsza. Nie było to zbyt dobre dla małego dziecka, ale co zrobić. Może to dlatego w teraźniejszych czasach tak bardzo zachowuję się jak dziecko. Może dlatego, obrażam się jak małe dziecko, nie potrafię sobie poradzić z niczym. Dlatego, że nie miałam dzieciństwa. Może to dlatego John mnie zostawił bo byłam zbyt dziecinna. Staram się nad tym panować, zachowywać się odpowiednio do mojego wieku, ale czasami po prostu przychodzi taka cholerna bezradność kiedy potrafię tylko usiąść i rozpłakać się jak dziecko. Tak samo jest w przypadku kiedy czegoś bardzo chcę. Będę tak długo o to walczyć, aż ktoś mi grzecznie powie, że nic się nie da zrobić, albo dopóki tego nie dostanę. Zdaję sobie sprawę z tego co robię, ale ja po prostu inaczej nie potrafię. Skończyłam szkołę, zdałam maturę, ale jakoś nie uśmiecha mi się by iść do pracy. Jeśli potrzebuję pieniędzy dorabiam sobie w salonie kosmetycznym u Anji. Kim jest Anja? Anja to moja najlepsza przyjaciółka od czasów dzieciństwa. Chodź parę razy zawiodłam się na niej, zawsze jej pomogę. Mieszka dwa domy dalej, często nocujemy u siebie, potrafimy przesiedzieć całą noc na ławce przed domem i rozmawiać. Potrafimy całymi dniami i nocami gadać przez telefon, najczęściej wszędzie chodzimy razem. Jako mała dziewczynka zawsze byłam bardziej za tatą niż za mamą. No właśnie tata. Z tatą nie widuję się zbyt często, ponieważ cały czas pracuję. Kiedy ja wstaję taty już nie ma, natomiast kiedy już śpię tata dopiero wraca do domu. Bardzo go kocham, chodź mam żal do niego o to, że tak mało czasu spędza z nami. Czasami zdarza mi się zamienić z nim parę słów, kiedy wstanę wcześniej, albo siedzę do nocy i czekam za nim. Najwięcej czasu razem spędzamy w święta. Wtedy jesteśmy wszyscy razem. No może nie do końca wszyscy bo już nigdy nie będzie z nami mamy. Ja za bardzo jej nie pamiętam, ale z tego co tata mi opowiadał była to niezwykła kobieta. Była przede wszystkim bardzo piękna. Oglądając jej zdjęcia z młodości, bardzo żałuję, że ja nie wyglądam tak jak ona. Posunęła się do okropnego czynu, do zdrady. Zabiła tym incydentem całą naszą rodzinę, osierociła mnie i Louisa. Wychowywaliśmy się bez matki, co naprawdę nie jest łatwe. Może i była moją matką, ale przekroczyła granicę. To babcię traktuję jak matkę. Ona pokazała mi czym jest świat, jak obchodzić się z facetami to ona pokazała mi jak się zakłada te durne podpaski podczas miesiączki. A powinna to zrobić matka. Jest naprawdę idealną kobietą, wychowała mnie i Louisa bardzo dobrze. No właśnie, Louis. Louis to kompletny idiota. Znaczy ma wiedzę i tak dalej, ale uwielbia robić z siebie idiotę. Strasznie się popisuje zwłaszcza jak jest z nim Amy. Chodź często się kłócimy, zwalamy jeden na drugiego, bijemy się jak nienormalni to jestem pewna, że poszła bym za nim w ogień tak samo jak on za mną. Kiedyś była taka sytuacja, kiedy Louis pobił się z jakimś chłopakiem w naszym domku letniskowym tylko dlatego, że mnie zaczepiał. Byliśmy tam z przyjaciółmi…
Nazywam się Alexandra Wesley. Wszyscy mówią na mnie Alex. Nienawidzę tego imienia. Mam 170 cm wzrostu, ciemne włosy i zielone oczy. 22 lata i dość szczupłą figurę. To tyle jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Mam starszego brata Louisa, którego bardzo kocham. Bądź co bądź jest moim starszym bratem. Do dziewiątego roku życia wychowywałam się w szczęśliwej rodzinie o ile to tak można nazwać. Po prostu była mama był tata i wszystko było dobrze. Niestety dwa dni przed moimi dziewiątymi urodzinami zdarzyła się rodzinna tragedia, mianowicie zmarła mama. Dla całej naszej trójki był to ogromny wstrząs. Nikt nie mógł sobie poradzić z tym co się stało, każdy z nas przeżywał to z osobna. Louis zamknął się kompletnie w sobie tak samo jak ja. Nie umiałam rozmawiać z innymi dziećmi, nie potrafiłam słuchać kiedy moje koleżanki opowiadały o swoich mamach, gdzie to z nimi nie były, czego nie robiły, w co się bawiły. Tak, może to wydaje się banalne, ale byłam małym dzieckiem. Louis przestał chodzić do szkoły, cały czas wagarował nie dawał sobie pomóc. Natomiast tata w stu procentach poświęcił się pracy byle by tylko nie myśleć o zaistniałej sytuacji. Dopiero babcia postawiła nas jakoś na nogi. Tłumaczyła, że tak się czasami zdarza, ale trzeba żyć bez względu na wszystko podążać za swoimi marzeniami. Zapisała nas w dwójkę do psychologa co moim zdaniem gówno nam dało, ale przecież to pomaga, to wyciągnie cię z depresji. Tak jasne, prędzej wpakuje do grobu. Nigdy nie wybiorę się do psychologa, który pierdoli przez godzinę o tym, że twoja matka nie żyję. Tyle to ja już wiem, miałeś mi pomóc a nie jeszcze bardziej dołować. Tak, naprawdę wychowała mnie babcia. Od najmłodszych lat cały czas była ze mną. Rodzice nigdy nie mieli czasu dla nas tyle co, każdą niedziele spędzaliśmy razem. Będąc dzieckiem wymagano ode mnie perfekcji we wszystkim. Miałam mieć najlepsze oceny, być najlepsza we wszystkim. Jeśli coś mi nie wyszło cisnęli mnie tak długo, aż byłam najlepsza. Nie było to zbyt dobre dla małego dziecka, ale co zrobić. Może to dlatego w teraźniejszych czasach tak bardzo zachowuję się jak dziecko. Może dlatego, obrażam się jak małe dziecko, nie potrafię sobie poradzić z niczym. Dlatego, że nie miałam dzieciństwa. Może to dlatego John mnie zostawił bo byłam zbyt dziecinna. Staram się nad tym panować, zachowywać się odpowiednio do mojego wieku, ale czasami po prostu przychodzi taka cholerna bezradność kiedy potrafię tylko usiąść i rozpłakać się jak dziecko. Tak samo jest w przypadku kiedy czegoś bardzo chcę. Będę tak długo o to walczyć, aż ktoś mi grzecznie powie, że nic się nie da zrobić, albo dopóki tego nie dostanę. Zdaję sobie sprawę z tego co robię, ale ja po prostu inaczej nie potrafię. Skończyłam szkołę, zdałam maturę, ale jakoś nie uśmiecha mi się by iść do pracy. Jeśli potrzebuję pieniędzy dorabiam sobie w salonie kosmetycznym u Anji. Kim jest Anja? Anja to moja najlepsza przyjaciółka od czasów dzieciństwa. Chodź parę razy zawiodłam się na niej, zawsze jej pomogę. Mieszka dwa domy dalej, często nocujemy u siebie, potrafimy przesiedzieć całą noc na ławce przed domem i rozmawiać. Potrafimy całymi dniami i nocami gadać przez telefon, najczęściej wszędzie chodzimy razem. Jako mała dziewczynka zawsze byłam bardziej za tatą niż za mamą. No właśnie tata. Z tatą nie widuję się zbyt często, ponieważ cały czas pracuję. Kiedy ja wstaję taty już nie ma, natomiast kiedy już śpię tata dopiero wraca do domu. Bardzo go kocham, chodź mam żal do niego o to, że tak mało czasu spędza z nami. Czasami zdarza mi się zamienić z nim parę słów, kiedy wstanę wcześniej, albo siedzę do nocy i czekam za nim. Najwięcej czasu razem spędzamy w święta. Wtedy jesteśmy wszyscy razem. No może nie do końca wszyscy bo już nigdy nie będzie z nami mamy. Ja za bardzo jej nie pamiętam, ale z tego co tata mi opowiadał była to niezwykła kobieta. Była przede wszystkim bardzo piękna. Oglądając jej zdjęcia z młodości, bardzo żałuję, że ja nie wyglądam tak jak ona. Posunęła się do okropnego czynu, do zdrady. Zabiła tym incydentem całą naszą rodzinę, osierociła mnie i Louisa. Wychowywaliśmy się bez matki, co naprawdę nie jest łatwe. Może i była moją matką, ale przekroczyła granicę. To babcię traktuję jak matkę. Ona pokazała mi czym jest świat, jak obchodzić się z facetami to ona pokazała mi jak się zakłada te durne podpaski podczas miesiączki. A powinna to zrobić matka. Jest naprawdę idealną kobietą, wychowała mnie i Louisa bardzo dobrze. No właśnie, Louis. Louis to kompletny idiota. Znaczy ma wiedzę i tak dalej, ale uwielbia robić z siebie idiotę. Strasznie się popisuje zwłaszcza jak jest z nim Amy. Chodź często się kłócimy, zwalamy jeden na drugiego, bijemy się jak nienormalni to jestem pewna, że poszła bym za nim w ogień tak samo jak on za mną. Kiedyś była taka sytuacja, kiedy Louis pobił się z jakimś chłopakiem w naszym domku letniskowym tylko dlatego, że mnie zaczepiał. Byliśmy tam z przyjaciółmi…
Od paru dni łazi za mną jakiś koleś. Może i jest ładny, ale naprawdę zaczyna mnie przerażać. Louis, każe mi na niego uważać, twierdzi , że może mi się coś stać. Chociaż ja w to za bardzo nie wierzę, no bo kto by chciał takie coś jak ja. Po za tym ten chłopak nie wygląda na zbyt silnego. Jest późny wieczór, wszyscy siedzą na tarasie i piją. Ja jakoś nie mam ochoty na picie dzisiaj. Ten dzień jest okropny. Za dużo wspomnień. Spacer, tak to powinno mi dobrze zrobić. Założyłam adidasy na nogi i jakąś bluzę na siebie, ponieważ komary dają znać o sobie. Wyszłam tylnym wejściem, bo jakbym chciała wyjść przez taras to na pewno by mi się to nie udało. Poszłam przed siebie tak po prostu by poukładać myśli. Dzisiaj minęło dokładnie osiem lat jak mama nie żyje. Może i minęło już osiem lat, ale ja nadal nie potrafię się pogodzić z tym co się stało. Gdybyśmy byli w Los Angeles na pewno poszłabym na grób mamy. A, że wyjechaliśmy tutaj nie ma szans. Nie wiem dlaczego to się stało, co ja takiego złego zrobiłam, że mama umarła. Nie wierzę w boga. Nie potrafię. Bo przecież, jeżeli jest on taki wszechmogący to dlaczego nie usunie zła ze świata? Tata mówi, że to dlatego, że mamy wolną wolę, ale ja nie potrafię w to uwierzyć. Na ziemi istnieje samo zło i nic po za tym. Jeżeli istniał by bóg nie dopuścił by do tych wszystkich złych rzeczy. Nie dopuścił by do śmierci mamy. Przeszłam przez las, aż do jeziora, przy którym usiadłam. Myślałam przez dobrą godzinę o zdarzeniu, które miało miejsce osiem lat temu. Nienawidzę tego palanta przez, którego mama zmarła. Jak on mógł do tego dopuścić? Nie pomijając faktu, że podobno ją kochał. Skoro wiedział, że motor nie działa jak należy dlaczego pozwolił jej tam wsiąść? Po moich policzkach spłynęły łzy. Zrobiło mi się dość zimno. Siedziałam tak jeszcze z dobre dwadzieścia minut, po czym wstałam z piasku i udałam się w stronę domu. Miałam ochotę, po prostu położyć się spać i przestać o tym wszystkim myśleć. Weszłam w las, gdzie zastałam kompletną ciemność. Przede mną była jedna, wielka czarna dziura. Wzdrygnęłam na sam widok, przyśpieszyłam kroku, żeby jak najszybciej dojść do domu. Bałam się cholernie się bałam. W mojej głowie, zaczęły tworzyć się historię, że ktoś mnie zabiję, zgwałci, że jakiś demon mnie nawiedzi, że zobaczę ducha i tak dalej. Mój mózg, po prostu myślał o wszystkim o czym nie powinien myśleć. Zobaczyłam światło dobiegające z naszego tarasu i ulżyło mi. Od razu zwolniłam kroku, ponieważ całe łydki mnie bolały od szybkiego wchodzenia pod górkę. Nagle poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu oraz buzi.
- Teraz już mi nigdzie nie uciekniesz maleńka.. zabawimy się. – Chciałam krzyczeć, szarpałam się, ale uniemożliwiały mi to ręce mężczyzny. Nie widziałam nawet kto to jest. Zaczęłam płakać, cholernie płakać. Przede mną pojawiła się druga postać, zaczęłam bać się jeszcze bardzie, ale jak się okazało był to Louis. Podbiegł do mężczyzny i zaczął go okładać pięściami.
- Alex do cholery uciekaj! – Wstałam z ziemi i pobiegłam najszybciej jak mogłam w stronę domku. Wbiegłam do niego jak oszalała przykuwając tym uwagę wszystkich naszych znajomych.
- Boże co ci się stało? - podbiegła do mnie Anja, w którą się wtuliłam i rozpłakałam jeszcze bardziej. Dziewczyna gładziła moje włosy i powtarzała, że mam się uspokoić.
- Lou.. Louis.. on potrzebuje pomocy jakiś palant się z nim bije.. – płakałam coraz bardziej, nie miałam już siły na ten dzień. Po wypowiedzeniu tych słów, męskie grono naszego towarzystwa od razu rzuciło się w stronę drzwi i pobiegli na pomoc mojemu bratu. Anja usiadła razem ze mną na kanapie. Zajęło mi dziesięć minut uspokojenie się. Spojrzałam na dziewczyny.
- Co się stało, Alex błagam cię powiedz. – Z ust Claudii padły te oto słowa. Spojrzałam na nią, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić.
- Poszłam się przejść, podczas gdy wy siedzieliście na tarasie. Nie miałam ochoty na picie dzisiaj, po prostu chciałam odpocząć. Wracając zaczepił mnie jakiś facet, nagle pojawił się Lou.. – nie zdążyłam do kończyć, ponieważ wtrąciła się Anja.
- Poszedł cię szukać, bo zobaczył, że cię nie ma.
- Pojawił się Louis i kazał mi uciekać. Został tam z tym mężczyzną. Przyleciałam do was i dalej już wiecie co się stało. – Dokończyłam mówić na jednym oddechu. Wszystkie dziewczyny usiadły koło mnie i zaczęły mnie mocno ściskać. Usłyszałam rozmowę, więc odruchowo spojrzałam na drzwi, w których pojawił się Louis, Liam, Josh oraz Jason. Louis miał całą twarz we krwi. Podbiegłam do nich i zaczęłam ocierać twarz Louisowi swoją koszulką.
- Na cholerę tam szłaś? Kurwa, czy ty chodź raz możesz pomyśleć?
- Ale Louis.. – spojrzałam na niego.
- W dupie mam twoje Louis. – Starszy brat wyminął mnie i udał się na górę. Spojrzałam tylko na schody. Wzrok każdego, który znajdował się w tym pomieszczeniu był skierowany na mnie. Super znowu wyszło, że jestem nieodpowiedzialna. Nie mówiąc nic, udałam się na górę tak samo jak mój brat. Stanęłam przed drzwiami łazienki, wzięłam głęboki oddech i zapukałam w drzwi.
- Czego?
- Mogę wejść.. ? – zapytałam cicho.
- Po co?
- Chcę z tobą porozmawiać… - Louis otworzył mi drzwi, a ja spuściłam głowę w dół.
- Właź. – Spojrzałam na niego i zrobiłam niepewny krok dzięki, któremu znajdowałam się w łazience. Lou obmywał sobie twarz z krwi.
- Przepraszam.. – Chwyciłam go za rękę, która delikatnie zadrżała.
- Nie rozumiesz, że jeśli tobie by się coś stało ja bym tego nie przeżył? Jesteś moją młodszą siostrą do cholery, jestem odpowiedzialny za ciebie! – Louis wykrzyczał mi to wszystko prosto w twarz, po czym mocno mnie do siebie przytulił. - Gdyby coś ci się stało nie wybaczyłbym sobie tego nigdy. Nie wybaczyłbym sobie, że nie było mnie z tobą.
- Przepraszam.. – wtuliłam się w brata jeszcze mocniej. Staliśmy tak parę minut, pomogłam mu opatrzyć twarz i zeszliśmy na dół do naszych znajomych. Czy 14 sierpnia zawsze musi być dla mnie pechowy?
Jared :
- Tak mamo wiem, posprzątam! – krzyknąłem do swojej rodzicielki i zamknąłem drzwi do swojego pokoju. Nie będę tu sprzątał, to mój pokój i będzie tu tak jak mi się podoba. Wziąłem gitarę w rękę i zacząłem grać jakąś melodię. Myślałem cały czas o sytuacji, która zaszła między mną a Alex dwa dni temu. Nie odpowiedziałem jej szczerze. Lubię ją, bardzo lubię, ale nie wiem czy ją kocham. Za szybko na miłość. Owszem darzę ją wielką sympatią, i to wcale nie dlatego, że jest cholernie ładna. Po prostu ma bardzo fajny charakter. Nie spotkałem się jeszcze z dorosłą osobą, która mogła by być tak słodka. Zachowuje się jak mała dziewczynka co jest cholernie urocze. W mojej głowie pojawiły się sprośne myśli z Alex w roli głównej. Dobra, stop Jared ogarnij się. Muszę z nią porozmawiać. Pojadę podpisać papiery w sprawie mojego mieszkania, mam 29 lat od trzech miesięcy mieszkam z matką, ponieważ sprzedałem mój mały kącik i zamierzam kupić coś większego, podjadę po Shannona i pojedziemy na próbę. Potem pojadę do Alex, żeby z nią porozmawiać o wszystkim. Odłożyłem gitarę na miejsce, założyłem buty i bluzę, wziąłem kluczyki od samochodu i wyszedłem z pokoju.
- Tak mamo wiem, posprzątam! – krzyknąłem do swojej rodzicielki i zamknąłem drzwi do swojego pokoju. Nie będę tu sprzątał, to mój pokój i będzie tu tak jak mi się podoba. Wziąłem gitarę w rękę i zacząłem grać jakąś melodię. Myślałem cały czas o sytuacji, która zaszła między mną a Alex dwa dni temu. Nie odpowiedziałem jej szczerze. Lubię ją, bardzo lubię, ale nie wiem czy ją kocham. Za szybko na miłość. Owszem darzę ją wielką sympatią, i to wcale nie dlatego, że jest cholernie ładna. Po prostu ma bardzo fajny charakter. Nie spotkałem się jeszcze z dorosłą osobą, która mogła by być tak słodka. Zachowuje się jak mała dziewczynka co jest cholernie urocze. W mojej głowie pojawiły się sprośne myśli z Alex w roli głównej. Dobra, stop Jared ogarnij się. Muszę z nią porozmawiać. Pojadę podpisać papiery w sprawie mojego mieszkania, mam 29 lat od trzech miesięcy mieszkam z matką, ponieważ sprzedałem mój mały kącik i zamierzam kupić coś większego, podjadę po Shannona i pojedziemy na próbę. Potem pojadę do Alex, żeby z nią porozmawiać o wszystkim. Odłożyłem gitarę na miejsce, założyłem buty i bluzę, wziąłem kluczyki od samochodu i wyszedłem z pokoju.
- Gdzie idziesz? – Zapytała mnie mama.
- Jadę podpisać
papiery w sprawie domu, po Shannona, jedziemy na próbę. Zostanę dzisiaj na noc
u niego więc nie czekaj na mnie. – Ucałowałem jej policzek i wyszedłem z domu.
Wsiadłem do samochodu i udałem się do mieszkania mężczyzny, od którego miałem
odkupić dwu piętrowy dom. Podjechałem pod mieszkanie właściciela mojego
przyszłego domu, wysiadłem z samochodu i udałem się na dziesiąte piętro. Podszedłem
do drzwi z numerkiem 126 i zapukałem. Drzwi otworzyła mi jakaś kobieta, na oko
miała z 35 lat.
- Tak?
- Dzień dobry ja do pana Michaela Tomilsona. – uśmiechnąłem się do kobiety.
- Dzień dobry ja do pana Michaela Tomilsona. – uśmiechnąłem się do kobiety.
- Michael! Jakiś pan do ciebie! – Kobieta krzyknęła w głąb
mieszkania. Po krótkiej chwili pojawił się w drzwiach mężczyzna.
- Dzień dobry. – wyciągnąłem dłoń w stronę pana Tomilsona. –
Moje nazwisko Leto, przyjechałem podpisać papiery związane z kupnem domu.
- Aaaa pan Leto niech pan wchodzi. – Uczyniłem to co polecił
mi starszy pan. Po półgodzinnej dyskusji i dogadaniu się w sprawie ceny domu,
podpisałem papiery, pożegnałem się z mężczyzną i udałem się z powrotem do
mojego samochodu. Podjechałem pod Shannona do jego domu. Zatrąbiłem i po pięciu
minutach wyszedł Shann ze swoimi pałeczkami.
- Wiesz debilu, że mamy dziesięć minut spóźnienia? –
Spojrzałem na niego.
- Wiesz co robić. – Shann uśmiechnął się do mnie, zamknął
drzwi. Ruszyłem i jechałem najszybciej jak tylko potrafiłem. W ciągu piętnastu
minut podjechaliśmy pod dom Tima, gdzie odbywała się próba naszego zespołu.
Nagrywamy płytę, chociaż jeszcze nie wiemy jak będzie się nazywał nasz zespół.
Podczas ostatniej rozmowy z Alex, o wylocie na marsa wpadł mi pewien pomysł,
który miałem dzisiaj zaprezentować chłopakom.
- Sorry za spóźnienie, byłem podpisać papiery żeby kupić
dom. Dobra chłopaki usiądźcie trzeba coś obgadać.
- Ja pierdole co żeś znowu wymyślił? – Tim spojrzał na mnie
błagalnym wzrokiem i usiadł na kanapie tak jak pozostała część zespołu.
- Trzeba ustalić nazwę naszego zespołu. Jakieś propozycję? –
spojrzałem na chłopaków, którzy siedzieli cicho.
- No dobrze to ja zaproponuję. Co myślicie o nazwie, w
której użyć słowa Mars. Wiecie to taka planeta.
- Water on Mars? – Shannon spojrzał na mnie jak na debila.
- Ja pierdole, po co nam woda na Marsie? To musi być coś
oryginalnego, coś na co nikt by nie wpadł.
- This is a
magic thirty seconds with you! – Tim zaśpiewał jakąś piosenkę razem z radiem. Wtedy
mnie olśniło.
- Thirty seconds to mars! Chłopaki to jest to! – Spojrzałem
na nich. Byli zamyśleni. Trwaliśmy w milczeniu parę minut, po czym
uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem.
- Brawo młody. – Shann poklepał mnie po ramieniu. Po
obgadaniu wszystkiego zaczęliśmy próbę, która trwała trzy godziny z kawałkiem.
Była godzina siódma wieczorem.
- To co jakieś piwko?
- Sorry ja nie mogę umówiłem się. Shann przyjadę do ciebie
wieczorem, powiedziałem mamie, że śpię u ciebie. Pa! – pokiwałem im i wsiadłem
do samochodu. Teraz czeka mnie spotkanie z Alex. Pojechałem w stronę jej domu, denerwuję
się do cholery. Zaparkowałem auto przed jej domem i wysiadłem z niego. Udałem
się pod furtkę gdzie zadzwoniłem na dzwonek. Po paru minutach wyszła Alex
odziana w krótkie spodenki i jakąś dłuższą koszulkę.
- Czego chcesz? – Na mój widok, uśmiech z jej twarzy
zniknął.
- Porozmawiać.
- Spoko, wchodź. – Otworzyła mi furtkę więc wszedłem do
środka. Poszedłem za nią, aż weszliśmy do domu i usiedliśmy w salonie.
- O czym chcesz pogadać? – Alex wzięła cukierka w rękę,
odwinęła go z papierka i wsadziła do buzi. Wziąłem głęboki wdech, spojrzałem na
nią i zacząłem mówić.
- Nie byłem do końca szczery z tobą ostatnio jak
rozmawialiśmy. Zapytałaś mnie czy zakochałem się w tobie.. – spojrzałem na
dziewczynę, która spuściła wzrok w dół. Widać, że zrobiło jej się głupio. – Nie
wiem czy się zakochałem. Owszem darzę cię uczuciem, którego nie darzę nikogo,
ale jeszcze nie wiem co to jest. Lubię cię, cholernie cię lubię, naprawdę
bardzo mi się podobasz, masz niesamowity charakter, jesteś cholernie uro…
- Przepraszam, że w ogóle cokolwiek mówiłam o zakochaniu. To
był tylko jakiś idiotyczny wymysł mojego mózgu. Zapomnij o tym. – Alex
przerwała mi moją wypowiedź, powiedziała te słowa i spojrzała mi prosto w oczy.
- Jasne nie ma sprawy.. – uśmiechnąłem się sztucznie do
niej. Niby jej nie kocham, ale coś mnie ukuło w sercu kiedy powiedziała te
słowa. Nie ważne, mam zapomnieć.
- Chcesz może cukierka? – Alex uśmiechnęła się do mnie i
zaczęła machać mi krówką przed oczyma.
- Zjedz sobie maluchu. – Spojrzałem na nią i szeroko się
uśmiechnąłem. Ona naprawdę zachowuje się jak małe bezbronne dziecko. Jest
cholernie słodka.
- Po pierwsze nigdy tak do mnie nie mów. – Spojrzała na mnie
groźnie. – Po drugie twoja strata! – Odpakowała cukierka z papierka i wsadziła
go do buzi. Zaczęła się uśmiechać cholernie szeroko.
- Jesteś niemożliwa. – Przez dwadzieścia minut siedzieliśmy
w ciszy. Alex jadła cukierki jednego za drugim i od czasu do czasu uśmiechała
się do mnie.
- Zęby sobie popsujesz. – Spojrzałem na nią.
- Nie prawda, mam bardzo mocne zęby.
- Gdzie jest Louis? -
nie wiedziałem co mam jej odpowiedzieć więc zapytałem o jej starszego brata.
- Pojechał do Amy, więc grozi mi samotność przez resztę
wieczoru chyba, że bardzo byś chciał ze mną zostać. – Jej propozycja mnie
zaskoczyła.
- Jasne nie ma sprawy.
- Jakie masz marzenia? – Alex spojrzała na mnie i zadała mi
pytanie, którego się nie spodziewałem.
- Wydać płytę, która osiągnie sukces. Zbliżyć się do pewnej
dziewczyny i od niedawna wylecieć na marsa.
- Do jakiej dziewczyny? – Spojrzałem na nią. Nie wiem co mam
jej teraz odpowiedzieć.
- Takiej jednej nie znasz. Jest bardzo piękna, ma na imię
tak samo jak ty. – Alex się zarumieniła.
- A dlaczego chcesz wylecieć na marsa?
- Bo ty tam chcesz wylecieć. A ja bardzo chciałbym tam
polecieć z tobą. Z dziewczyną, do której chciałbym się zbliżyć.
- To się zbliż. – Alex się uśmiechnęła szeroko.
- Jak?
- Usiądź bliżej. – Zaśmiałem się cicho i usiadłem bliżej
niej. Rozmawialiśmy z dobre dwie godziny o naszych planach na przyszłość,
marzeniach i tak dalej. Alex położyła głowę na moich kolanach. Zacząłem gładzić
jej włosy.
- Mogę mieć prośbę do ciebie?
- Jasne, proś o co chcesz. – Uśmiechnąłem się do niej
szeroko i pstryknąłem jej nos.
- Louis mówił, że bardzo ładnie śpiewasz. Zaśpiewaj mi coś.
– Spojrzałem na nią zszokowany. Dobra raz się żyje.
- Jaka jest twoja ulubiona piosenka? Oczywiście wokalisty.
- Ymm.. niech pomyślę.. możesz zaśpiewać „ I don’t want to
miss a thing ‘’ Aerosmith. – Dziewczyna spojrzała mi w oczy. Wziąłem głęboki
oddech i zacząłem śpiewać. Starałem się, żeby każdy dźwięk wyszedł mi
perfekcyjnie.
- Then I kiss your eyes and thank God we're together and I just wanna stay with you in this moment forever, forever and ever* – w tym momęcie Alex przyciągnęła moją twarz do siebie i pocałowała. Byłem w totalnym szoku. Dziewczyna póściła moją głowę i schowała twarz w swoje dłonie.
- Then I kiss your eyes and thank God we're together and I just wanna stay with you in this moment forever, forever and ever* – w tym momęcie Alex przyciągnęła moją twarz do siebie i pocałowała. Byłem w totalnym szoku. Dziewczyna póściła moją głowę i schowała twarz w swoje dłonie.
- Przepraszam.. – wypowiedziała cicho.
- Ci.. nic się nie stało. – wziąłem dłonie z jej twarzy i
ucałowałem jej usta. Ten wieczór pozostanie w mej pamięci na zawsze. Potem nie
było już tak kolorowo jak tego wieczoru. Poczułem silne uczucie do niej. Nie
wiem czy to już zakochanie, ale na pewno pewien rodzaj przywiązania. Chciałem
spędzać z nią każdy dzień, po prostu z nią być. To dawało mi bardzo dużo
szczęścia.
__________________
Jest to rozdział jeszcze z tych początków w kwietniu. Nie jestem z niego w ogóle zadowolona, ale niech to idzie tak jak przewidziałam. Ten rozdział jest ostatni z takich gorszych, przynajmnie moim zdaniem. Jednak, mam nadzieję, że ktoś to przeczyta. Znajomość Alex i Jareda zaczęła się bardzo szybko, ale o to w tym wszystkim chodzi. Jest to zrobione celowo, tak samo jak zachowanie Alex jak małego dziecka.
* Wtedy całuje Twoje oczy i dziękuję Bogu, że jesteśmy razem, i po prostu chcę być z tobą w tym momencie na zawsze, na zawsze i na wieczność.
piątek, 28 września 2012
2. Kochać czy nienawidzieć ?
Louis :
- I na prawdę
super masz tą siostrę! – Od dwóch godzin słyszałem jaka to Alex jest zajebista
i powoli zaczynało mnie to denerwowac. Koleś, jak ci się podoba to do niej
podejdź i z nią pogadaj a nie. Jared czasami zachowuje się jak baba, no ale cóż
nie można sobie wybrac kogo się spotka na swojej drodze. Jareda traktuję jak
własnego brata, jest moim najlpeszym przyjacielem, zawsze i wszędzie mi pomoże
i na odwrót.
- Dobra Jay skończ, poderwiesz ją sobie na imprezie, teraz daj mi spokój bo zaczynasz mnie denerwowac. – Miałem go już na prawdę serdecznie dośc, ciągle słyszałem imię „ Alex ‘’, całą robotę dzisiaj rozpierdolił, ale oczywiście szef mu złego słowa nie powie tylko zawsze jest wszystko na mnie. Dlaczego? Dlatego, że zakochał sie w jego matce i jej synek jest dla niego jak Bóg. Wszystko byle by tylko się podlizac.
- Ok, wszystko zriobione. Jared?! – krzykłem na cały zakład, a zza drzwi wyłoniła się jego postac. – Dobra stary, ja lece do Amy, widzimy się o dwudziestej. – Porzegnałem się ze swoim przyjacielem. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w stronę domu mojej narzeczonej. Właśnie, kim jest Amy? Otóż Amy to moja narzeczona, oświadczyłem się jej dwa miesiące temu. To najwspanialsza kobieta jaką kiedykolwiek spotkałem i na pewno kobieta, z którą chciałbym spędzic resztę swojego życia. Jest idealna w każdym calu. Planujemy razem zamieszkac, może nawet w daleszej części założy rodzinę. Zresztą co ja gadam nie może tylko na pewno.
- Dobra Jay skończ, poderwiesz ją sobie na imprezie, teraz daj mi spokój bo zaczynasz mnie denerwowac. – Miałem go już na prawdę serdecznie dośc, ciągle słyszałem imię „ Alex ‘’, całą robotę dzisiaj rozpierdolił, ale oczywiście szef mu złego słowa nie powie tylko zawsze jest wszystko na mnie. Dlaczego? Dlatego, że zakochał sie w jego matce i jej synek jest dla niego jak Bóg. Wszystko byle by tylko się podlizac.
- Ok, wszystko zriobione. Jared?! – krzykłem na cały zakład, a zza drzwi wyłoniła się jego postac. – Dobra stary, ja lece do Amy, widzimy się o dwudziestej. – Porzegnałem się ze swoim przyjacielem. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w stronę domu mojej narzeczonej. Właśnie, kim jest Amy? Otóż Amy to moja narzeczona, oświadczyłem się jej dwa miesiące temu. To najwspanialsza kobieta jaką kiedykolwiek spotkałem i na pewno kobieta, z którą chciałbym spędzic resztę swojego życia. Jest idealna w każdym calu. Planujemy razem zamieszkac, może nawet w daleszej części założy rodzinę. Zresztą co ja gadam nie może tylko na pewno.
- You can’t always get what you want!* – Wyśpiewałem kawałek The Rolling
Stones. Mimo upływu lat, nadal uwielbiam tą piosenkę. Łączy się z nią mnustwo
wspomnień. Mój pierwszy raz, pierwszy powrót na pijaka do domu, oj wtedy to mi
się nieźle dostało od ojca. Nie to, że mnie uderzył bo nigdy nie podniósł na
nas ręki, ale cholernie nakrzyczał. Chodź niezbyt okazuje nam miłośc to jestem
pewny, że bardzo nas kocha. Mnie już w tej chwili bardziej traktuje jak kumpla
ale All? Ona zawsze będzie tą małą ukochaną córeczką tatusia. Zatrzymałem się
przy miejscowej kwiaciarni i kupiłem Amy bukiet czerwonych róż. Kto jak kto,
ale ta kobieta uwielbia kwiaty. Po wręczeniu starszej pani dwódziestodolarówki
udałem się z powrotem do samochodu. Po piętnastominutowej podróży, która mi
minęła śpiewająco, tak to dobre określenie, ponieważ całą drogę prześpiewałem
wraz z radiem, zaparkowałem moje maleństwo przed domem Amy. Zaraz poczuję jej
smak, woń jej perfum, będę mógł ją dotknąc. Zadzwoniłem na dzwonek i po paru
sekundach otworzyła mi drzwi ta piękna kobieta, odziana samym ręcznikiem. Czy
ona musi by tak cholernie seksowna? Na chwilę sterowanie mojego ciała przejął
mój członek, ale szybko się opamiętałem.
- Cześc kochanie! – Pocałowałem ją z namiętnością i wręczyłem jej bukiet róż. Na jej twarzy od razu rozpromieniał szeroki uśmiech.
- Dziękuję, jesteś na prawdę kochany. – Dziewczyna uwiesiła mi się na szyi. Po paru minutowym ściskaniu i cąłowaniu z moją narzeczoną postanowiliśmy coś zjeśc. A, że Amy wcześniej przygotowała spaghetti, nie było mowy o tym, żebym go nie zjadł. Uwielbiam wszystko co ta dziewczyna ugotuje, na prawdę jest wspaniała w każdym calu. W domu najczęsciej nic nie jem, gdyż moja siostra jest fatalną kucharką, jest zdolna do tego, żeby przypalic wodę, ale to już swoją drogą. Głównie żywię się na mieście fast-foodami chyba, że babcia przyniesie nam coś normalnego do zjedzenia. Skonsumowałem posiłek bardzo szybko i spojrzałem na rudowłosą dziewczynę.
- Smakowało? – Amy wzieła dwa talerze i włożyła je do zlewu.
- Smakowało rudzielcu. – Uśmiechnąłem się do niej wyszczerzając się najbardziej jak potrafiłem. Amy cholernie nie lubiła kiedy tak się na nią mówi, ale cóż ja uwielbiam się z nią droczyc, kiedy się złości jest taka urocza.
- Halo tu ziemia! Jeszcze raz tak do mnie powiesz a twój przyjaciel będzie musiał sobie sam dogadzac, obiecuję ci to. – Sporzałem na nią teatralnym, pełnym smutku wzrokiem.
- Mi odmówisz rudzielcu?
- Sam się o to prosiłeś kochanie. – Dziewczyna podeszła do mnie delikatnie przejechała ręką po moim kroczu, lecz wystarczająco by mój członek momentalnie zadrżał. - Idę się ubrac i umalowac a ty zastanów się nad swoim postępowaniem. – Cicho się zaśmiała i poleciała na górę, machając mi.
- Musisz? Robisz mi to specjalnie! Dobrze wiesz, że na twój widok się podniecam, a co jak stanie? – Skierowałem ręce ku mojemu przyrodzeniu.
- Robótki ręczne kocie! – Usłyszałem krzyk z łazienki. Nie ważne, jestem pewien, że jak przyjdzie co do czego to mi się nie oprze. Podeszłem do kolekcji płyt, którą posiadała moja narzeczona, a jest ona ogromna. Oglądałem ją dokładnie z każdej możliwej strony. Pięc płyt Michela Jacksona i dziesięc jego koncertów. Tak na jego punkcie to ona miała szał. Płyta Nirvany, Beatelsów, pare płyt z kolędami. Naszedł mnie durny pomysł by posłuchac kolęd w maju. Puściłem jedną z płyt. Pierwszym z utworów okazało się Silent Night.
- Silent Night, Holy Night! – Zobaczyłem Amy na schodach wraz z szczteczką do zębów. Miała minę jak by diabła zobaczyła.
- Jesteś idiotą. – Skomentowała krótko mój śpiew i wróciła do łazienki. Zaśmiałem się cicho pod nosem, wyłączyłem płytę i wróciłem do dalszego przeglądania jej kolekcji. Happysad? Na tej płycie jest na pisane coś po chińsku, albo po polsku jak kto woli. No tak moja narzeczona ma polskie korzenie więc i ich muzykę musiała dobrze znac. Z ciekawości włączyłem tą płytę. Pierwsza piosenka to „ Zanim pójdę ‘’. Świetne wejście gitary, a następnie perkusji. Gdybym ja tylko wiedział o czym oni śpiewają to życie było by prostsze. Moim zdaniem, albo na całym świecie powinni mówi jednym językiem, albo człowiek powinien się rodzic i znac każdy język świata. Po schodach zbiegł ten rudzielec i momentalnie podgłośniła muzykę.
- Miłośc to nie pluszowy miś ani kwiaty, to też nie diabeł rogaty, ani miłośc kiedy jedno płacze a drugie po nim skacze! – Amy zaczeła śpiewac i tańczyc po pokoju.
- Kochanie! Ej ej, powiedz mi co to znaczy przetłumacz mi to też chcę tańczyc! – Uśmiechnąłem się na widok rozpromienionej kobiety mojego życia. Po przetłumaczeniu ni tekstu piosenki przez tą pięknotę pomyślałem, że mógłbym, stop muszę pokazac to Jaredowi, on uwielbia takie klimaty. Może nagraliby amerykańską wersję do tego utworu? Kto wiem czym nas zaskoczą.
- Cześc kochanie! – Pocałowałem ją z namiętnością i wręczyłem jej bukiet róż. Na jej twarzy od razu rozpromieniał szeroki uśmiech.
- Dziękuję, jesteś na prawdę kochany. – Dziewczyna uwiesiła mi się na szyi. Po paru minutowym ściskaniu i cąłowaniu z moją narzeczoną postanowiliśmy coś zjeśc. A, że Amy wcześniej przygotowała spaghetti, nie było mowy o tym, żebym go nie zjadł. Uwielbiam wszystko co ta dziewczyna ugotuje, na prawdę jest wspaniała w każdym calu. W domu najczęsciej nic nie jem, gdyż moja siostra jest fatalną kucharką, jest zdolna do tego, żeby przypalic wodę, ale to już swoją drogą. Głównie żywię się na mieście fast-foodami chyba, że babcia przyniesie nam coś normalnego do zjedzenia. Skonsumowałem posiłek bardzo szybko i spojrzałem na rudowłosą dziewczynę.
- Smakowało? – Amy wzieła dwa talerze i włożyła je do zlewu.
- Smakowało rudzielcu. – Uśmiechnąłem się do niej wyszczerzając się najbardziej jak potrafiłem. Amy cholernie nie lubiła kiedy tak się na nią mówi, ale cóż ja uwielbiam się z nią droczyc, kiedy się złości jest taka urocza.
- Halo tu ziemia! Jeszcze raz tak do mnie powiesz a twój przyjaciel będzie musiał sobie sam dogadzac, obiecuję ci to. – Sporzałem na nią teatralnym, pełnym smutku wzrokiem.
- Mi odmówisz rudzielcu?
- Sam się o to prosiłeś kochanie. – Dziewczyna podeszła do mnie delikatnie przejechała ręką po moim kroczu, lecz wystarczająco by mój członek momentalnie zadrżał. - Idę się ubrac i umalowac a ty zastanów się nad swoim postępowaniem. – Cicho się zaśmiała i poleciała na górę, machając mi.
- Musisz? Robisz mi to specjalnie! Dobrze wiesz, że na twój widok się podniecam, a co jak stanie? – Skierowałem ręce ku mojemu przyrodzeniu.
- Robótki ręczne kocie! – Usłyszałem krzyk z łazienki. Nie ważne, jestem pewien, że jak przyjdzie co do czego to mi się nie oprze. Podeszłem do kolekcji płyt, którą posiadała moja narzeczona, a jest ona ogromna. Oglądałem ją dokładnie z każdej możliwej strony. Pięc płyt Michela Jacksona i dziesięc jego koncertów. Tak na jego punkcie to ona miała szał. Płyta Nirvany, Beatelsów, pare płyt z kolędami. Naszedł mnie durny pomysł by posłuchac kolęd w maju. Puściłem jedną z płyt. Pierwszym z utworów okazało się Silent Night.
- Silent Night, Holy Night! – Zobaczyłem Amy na schodach wraz z szczteczką do zębów. Miała minę jak by diabła zobaczyła.
- Jesteś idiotą. – Skomentowała krótko mój śpiew i wróciła do łazienki. Zaśmiałem się cicho pod nosem, wyłączyłem płytę i wróciłem do dalszego przeglądania jej kolekcji. Happysad? Na tej płycie jest na pisane coś po chińsku, albo po polsku jak kto woli. No tak moja narzeczona ma polskie korzenie więc i ich muzykę musiała dobrze znac. Z ciekawości włączyłem tą płytę. Pierwsza piosenka to „ Zanim pójdę ‘’. Świetne wejście gitary, a następnie perkusji. Gdybym ja tylko wiedział o czym oni śpiewają to życie było by prostsze. Moim zdaniem, albo na całym świecie powinni mówi jednym językiem, albo człowiek powinien się rodzic i znac każdy język świata. Po schodach zbiegł ten rudzielec i momentalnie podgłośniła muzykę.
- Miłośc to nie pluszowy miś ani kwiaty, to też nie diabeł rogaty, ani miłośc kiedy jedno płacze a drugie po nim skacze! – Amy zaczeła śpiewac i tańczyc po pokoju.
- Kochanie! Ej ej, powiedz mi co to znaczy przetłumacz mi to też chcę tańczyc! – Uśmiechnąłem się na widok rozpromienionej kobiety mojego życia. Po przetłumaczeniu ni tekstu piosenki przez tą pięknotę pomyślałem, że mógłbym, stop muszę pokazac to Jaredowi, on uwielbia takie klimaty. Może nagraliby amerykańską wersję do tego utworu? Kto wiem czym nas zaskoczą.
- I jak
wyglądam? – Na dół zeszła Amy ubrana w piękną czerwoną sukienkę i dośc wysokie
czarne szpilki.
- Wo... Wow! – To jedyne co potrafiłem z siebie wydusic w tej chwili. Czy ona musi byc na prawdę we wszystkim idealna? Mądra, piękna i w ogóle no ideał! Szczupła sylwetka, długie nogi, przepiękna twarz, biustu też jej bóg nie żałował, i dołeczki w policzkach. Moja ukochana częśc jej ciała, dołeczki. Za każdym razem kiedy się śmiałą ujawniały się. Uwielbiam je. Strasznie ją kocham nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jest wszystkim co mam, każdego dnia żyję tylko dlatego, że wiem, że mam ją. Gdyby nie ona nie wiem jak to wszystko by się potoczyło. Kiedyś wpakowałem się w cholerne gówno i tylko ona potrafiła mnie z tego wyciągnąc. Próbował tata, nie udało się, próbowała Alex, nie udąło się, próbowało mnustwo psychologów, także się nie udawało. Ale udało się jej. Z pozoru szara myszka, ale jak to mówią cicha woda brzegi rwie. A co się takiego stało, że moje życie nie miało sensu? Alkohol. Dlaczego? Bo dopiero po paru latach od tragedii jaka nas spotkała, zdałem sobie sprawe jak cholernie to boli. Żeby od tego uciec szłem w alkohol. Coraz więcej i więcej w końcu kiedy się nie napiłem nie mogłem wytrzymac. I wtedy pojawiła się ona. Wystarczyło jedno jej słowo a ja byłem posłuszny jak baranek. Tak to dziwne bo jako nastolatek byłem cholernie trudny. Nikt nie umiał mnie ogarnąc. Umiała ona. Amy. I tylko ona do dzisiaj to potrafi. Tylko jej posłucham, jeśli ona mi powie, że robię coś źle skończę z tym, albo zacznę od nowa. Jest to na prawdę kobieta idealna, kobieta, która potrafiła mnie wyciągnąc z alkoholizmu. Cholernie ją kocham, bez niej nie poradził bym sobie w życiu. Jest na prawdę całym moim światem.
- Jedziemy? – Z ust rudowłosej dziewczyny padło jedno słowo. Jedno, ale wypowiedziane z ogromną miłością, ogromną radością. Nie można jej zarzucic, że jest ponurakiem. Jeśli dzieje się coś złego to właśnie ona jest tą osobą, która powie „ Nie martw się, będzie dobrze! ‘’ i próbuje wszystkim poprawic humor.
- Wyglądasz przepięknie, jedziemy. – Wziąłem jej rękę i splotłem palce ze swoimi. Po opuszczeniu domi, udaliśmy się do mojego samochodu.
- Kiedy się do mnie wprowadzisz? – Amy spojrzała na mnie wzrokiem przepełnionym miłością. Ona chyba też mnie kocha, tak bardzo jak ja ją.
- Już niedługo, obiecuję ci to. – pogłaskałem ją po kolanie i ruszyliśmy w stronę mojego domu. Drogę odbyliśmy śpiewając piosenki, które leciały w radiu.
- Wo... Wow! – To jedyne co potrafiłem z siebie wydusic w tej chwili. Czy ona musi byc na prawdę we wszystkim idealna? Mądra, piękna i w ogóle no ideał! Szczupła sylwetka, długie nogi, przepiękna twarz, biustu też jej bóg nie żałował, i dołeczki w policzkach. Moja ukochana częśc jej ciała, dołeczki. Za każdym razem kiedy się śmiałą ujawniały się. Uwielbiam je. Strasznie ją kocham nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jest wszystkim co mam, każdego dnia żyję tylko dlatego, że wiem, że mam ją. Gdyby nie ona nie wiem jak to wszystko by się potoczyło. Kiedyś wpakowałem się w cholerne gówno i tylko ona potrafiła mnie z tego wyciągnąc. Próbował tata, nie udało się, próbowała Alex, nie udąło się, próbowało mnustwo psychologów, także się nie udawało. Ale udało się jej. Z pozoru szara myszka, ale jak to mówią cicha woda brzegi rwie. A co się takiego stało, że moje życie nie miało sensu? Alkohol. Dlaczego? Bo dopiero po paru latach od tragedii jaka nas spotkała, zdałem sobie sprawe jak cholernie to boli. Żeby od tego uciec szłem w alkohol. Coraz więcej i więcej w końcu kiedy się nie napiłem nie mogłem wytrzymac. I wtedy pojawiła się ona. Wystarczyło jedno jej słowo a ja byłem posłuszny jak baranek. Tak to dziwne bo jako nastolatek byłem cholernie trudny. Nikt nie umiał mnie ogarnąc. Umiała ona. Amy. I tylko ona do dzisiaj to potrafi. Tylko jej posłucham, jeśli ona mi powie, że robię coś źle skończę z tym, albo zacznę od nowa. Jest to na prawdę kobieta idealna, kobieta, która potrafiła mnie wyciągnąc z alkoholizmu. Cholernie ją kocham, bez niej nie poradził bym sobie w życiu. Jest na prawdę całym moim światem.
- Jedziemy? – Z ust rudowłosej dziewczyny padło jedno słowo. Jedno, ale wypowiedziane z ogromną miłością, ogromną radością. Nie można jej zarzucic, że jest ponurakiem. Jeśli dzieje się coś złego to właśnie ona jest tą osobą, która powie „ Nie martw się, będzie dobrze! ‘’ i próbuje wszystkim poprawic humor.
- Wyglądasz przepięknie, jedziemy. – Wziąłem jej rękę i splotłem palce ze swoimi. Po opuszczeniu domi, udaliśmy się do mojego samochodu.
- Kiedy się do mnie wprowadzisz? – Amy spojrzała na mnie wzrokiem przepełnionym miłością. Ona chyba też mnie kocha, tak bardzo jak ja ją.
- Już niedługo, obiecuję ci to. – pogłaskałem ją po kolanie i ruszyliśmy w stronę mojego domu. Drogę odbyliśmy śpiewając piosenki, które leciały w radiu.
- Dobra
idziemy. – powiedziałem do Alex i Amy przed domem Davida. Spóźniliśmy się jak
zwykle bo za nim moja siostra się uszykuję to wojnę zdążą rozegrac. Uwielbiam
domówki, zwłaszcza u Davida. Dużo seksu, alkocholu, narkotyków, ale to już nie
dla nas. Jeśli ludzie chcą prosze bardzo nic mi do tego ich życie ich sprawa.
Jeśli Amy lub Alex kiedykolwiek coś takiego zażyją to nie wybaczę sobie tego.
Nie wybaczę sobie, że nie było mnie z nimi by odciągnąc je od tego zła. Po
wejściu na imprezę Alex poszła swoimi drogami, natomiast ja i Amy udaliśmy się
do barku z alkocholem.
- Stary jaką ty masz zajebistą siostrę! – Uwaga zaczyna się. Podleciał do nas David, gospodarz imprezy.
- Z tego co wiem to jest wolna więc do dzieła. – Poklepałem go po ramieniu. Po zrobieniu dwóch drinków dla siebie i dla Amy usiedliśmy na kanapie. Podałem trunek w jej ręce i cmokłem jej policzek. Ona odłozyła nasze napoje na stół przyciągneła mnie bliżej siebie i zaczeła całowac. Nasze języki poruszały się z perfekcją, tocząc walkę. Uwielbiałem jej smak, dotyk, wszystko co jest z nią związane. Chwyciłem ją za pośladki, na których delikatnie zacisnąłem obydwie ręce. Całowaliśmy się z coraz większą namiętnością. Miałem ochotę zerwa z niej rzeczy niczym zwierzak i kochac się z nią dopóki, zabraknie mi sił. Położyłem rękę na jej piersi na co ona zmysłowo zamruczała.
- Ja wiem, że ty byś chciał, ale masz szlaban. – Amy wyszeptała mi na ucho te słowa, po czym pocałowała płatek mojego ucha.
- Oj kochanie ty tak na poważnie? – ścisnąłem mocniej jej pierś.
- Na poważnie. – Rudowłosa dziewczyna cmokła moje usta delikatnie, po czym wzieła obydwie moje dłonie i zdjeła je z siebie. Jak mogła? Przecież nigdy tak nie robiła. Kurwa, chyba sobie nieźle nagrabiłem. Objąłem ją ramieniem i upiłem łyk drinka.
- Siema Louis! – spojrzałem za siebie gdzie stał Jared ze swoim bratem Shannonem. Nie znałem gościa ddobrze, ale mówią, że jest spoko.
- Niestety kochaniutki spóźniłeś się Alex jest już wyrywana. – Z uśmiechem na twarzy spojrzałem na przyjaciela czekając na jego reakcję.
- Co, kurwa gdzie, który?! – Jared zaczął krzyczec czym przyciąnął uwagę wszystkich ludzi.
- No brawo pacanie! – Shannon uderzył go w tył głowy z otwartej ręki. Letośki zaczęły się kłócic, a w między czasie dosiadła się do nas Alex z Davidem, któremu ku mojemu zaskoczeniu usiadła na kolanach. Alex nigdy nie dawała się podrywac, więc to nowośc. Najczęściej spławiała facetów, no chyba, że to jej zależało. Jared na ich widok zrobił się czerwony jak nigdy, na prawdę nigdy nie widziałem go w takim stanie. Pod lewym okiem wyskoczyła mu żyłka, która zawsze wyskakuje mu gdy jest zły. Jay cały czas zaciskał nerwowo pięści.
- Jezus, młody usiądź na dupe i siedź. Spłoszysz zaraz wszystkie dziewczyny i tyle z ciebie będzie. - Shannon klepnął go w brzuch, po czym usiadł na przeciwko nas, wyciągnął paczkę czerwonych Marlboro i odpalił papierosa.
- Hm? – Starszy Leto wyciągnął paczkę papierosów w naszą stronę, ale tylko David się poczęstował. Widziałem w oczach Alex, że zaczyna ją denerwowac ten koleś. Ona nie nawidziła kiedy ktoś palił, zwłaszcza w jej towarzystwie. Czyli David jest skreślony.
Alex :
Spojrzałam przed siebie gdzie go ujrzałam. Kogo? Jareda. Tak tego Jareda. Obok niego stał drugi mężczyzna chociaż nie tak bardzo przystojny jak Jay. Byli do siebie bardzo podobni więc stawiam, że to jego brat, ponieważ miał się tu z takowym pojawic. David cały czas obściskiwał mnie co zaczeło mi działac na nerwy. No i jeszcze papierosy, dobra spadam stąd.
- Muszę iśc do toalety, przepraszam. – Wstałam z kolan blądyna ze sztucznym uśmiechem i bardzo szybko zwinełam się stamtąd. Udałam się do toalety i zamknęłam się w niej, obmyślając dokładny plan jak wyrwac się stąd. Muszę przepchac się przez tych wszystkich ludzi tak żeby David mnie nie zobaczył. Dlaczego? Dlatego, że nie chce miec już z nim nic doczynienia plus nie odpowiada mi jego towarzystwo. Na początku kiedy do mnie podszedł wydawał się gentelmanem, ale teraz już wiem, że chodzi mu tylko o seks. O nie kochaniutki takie numery to nie ze mną. Zresztą co ja tam mogę wiedzie jak znam go jakąś godzinę. Nic, oprócz tego, że przez niego straciłam całą chęc do imprezowania dzisiejszego wieczoru. Dobra, czas na wymknięcie się stąd tak, żeby nikt tego nie zauważył. Umyłam ręcę i wyszłam z toalety, przed którą była dośc spora kolejka. Udałam się na dół i jakimś cudem wymknęłam się z mieszkania. Napisałam esemesa Louisowi, że wracam do domu, żeby potem mnie nie szukał. Do domu mam jakąś dobrą godzinę drogi, cóż pospraceruję sobie. Idąc przed siebie patrzałam na każdy samochód, który stał na drodze, na każdy dom. W pewnym momęcie wpadła mi do ucha melodia. Zupłenie nowa, tak to będzie moja piosenka. Stop, ja nie umiem pisac piosenek. Na tym skończyły się moje rozmyślania na ten temat. Szłam wolnym krokiem już dobre dwadzieścia minut, nucąc pod nosem piosenkę Richarda Marxa „ Right here waiting ‘’. Zapatrzona w drogę przed sobą, zaczełam znów myślec o Jaredzie. Przecież miałam go nienawidziec. Dlaczego nienawidziec? Dlatego, że wiem jak kończy się miłośc. Nie za bardzo jestem gotowa na kolejny związek po tym co zrobił mi John. Potraktował mnie jak kompletną szmatę. Jak się rozstaliśmy? Pewnego dnia idąc parkiem niedaleko mojego domu zauważyłam go z inną dziewczyną, trzymali się za ręce. Zdenerwowałam się, podeszłam do niego z zapytaniem o co tutaj chodzi. Wziął mnie na bok zaczął się tłumaczyc, pocałował mnie, dzięki czemu zaczełam mu wierzyc w te kłamstwa, po czym oznajmił mi prosto w oczy, że ze mną zrywa, zaczął sie ze mnie śmiac i odszedł z tamtą dziewczyną. Na samo wspomnienie poleciały mi łzy z oczu. Faceci to jednak paskudne bestie, ale świat byłby nudny bez nich. Nie ma co płakac nad rozlanym mlekiem trzeba się ogarnąc i życ dalej. Czy sie da? Da się, tylko czasami patrząc na różne miejsca czy rzeczy, rozpierdala ci serce od środka, potrafisz się rozpłakac jak nienormalny z ogromną bezradnością. I właśnie to cię najbardziej boli. Bezradnośc w związku z niektórymi rzeczami. Chodź od tego wydarzenia minęły dwa miesiące, ja nadal potrafię wylac łzy z zapytaniem dlaczego. Co miała ona czego nie miałam ja? Widocznie John to nie był ten jedyny, ale kurwa no ja nie wyobrażam sobie, żeby mógł byc ktoś inny. Dlatego tak bardzo odrzucam każdą nową znajomośc z płcią męską. Dlaczego? Bo nadal mam nadzieję, że stanie się jakiś cud i John do mnie wróci, albo obudzę się i to wszystko to bedzie tylko zły sen. Sama się sobie dziwiłam, że tak łatwo uległam dzisiaj Davidowi, ale jednak to nie było to, narazie nie potrafię. Poczułam na swoim ramieniu dłoń, przestraszyłam się nie na żarty, obejrzałam się do tyłu gdzie stał Jared. Skąd on się tutaj wziął? Boże, ten człowiek pojawia się i znika.
- Czy ty chcesz żebym ja umarła na zawał przez ciebie?
- Oj przesadzasz, chciałem z tobą tylko porozmawiac. – Brunet uśmiechnął się do mnie i zachęcił do tego byśmy szli a nie stali w miejscu. – Jeśli chcesz to cię odprowadzę do domu, ale w zamian za udzielenie mi rady.
- Dobra. – Co mi szkodzi, przynajmniej się czegoś o nim dowiem.
- Bo jest taka dziewczyna i ja strasznie chciałbym się do niej zbliżyc, ale za bardzo nie wiem jak. Gdyby to za tobą uganiał się jakiś facet, taki natrętny jak ja to czego byś od niego oczekiwała?
- A czego ja bym mogła oczekiwac od faceta, którego nie znam. Człowieku wiesz co to jest rozmowa? – Jared skinął twierdząco głową. – To do dzieła, a nie. – uśmiechnęłam się do niego chyba pierwszy raz od kąd go znam.
- No dobra, ale gdybyś na przykład miała chłopaka, chyba, że masz chło... – spojrzałam na niego i zaczeła kręcic przecząco głową. – No to gdybyś miała chłopaka, to chciałabyś żeby gdzie cię zaprosił na pierwszą randkę?
- Na marsa. – spojrzałam w gwiazdy.
- Chciałabyś poleciec w kosmos?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. To takie moje małe marzenie, chociaż wiem, że i tak nigdy się nie spełni. – Spojrzała na niego i znów się uśmiechnęłam.
- Nawet najcięższe marzenia są do spełnienia jeśli tylko czegoś bardzo mocno pragniesz. – Jay spojrzał mi w oczy. – One leżą tu, w twoim sercu. To od ciebie zależy czy się spełnią czy nie. Jeśli w stu peocentach oddasz się spełnianiu swoich marzeń, uwierz mi, że pod koniec życia będziesz czuła się spełniona.
- Bzdura. Nie każde marzenie da się spełnic. – Spojrzałam w podłogę, a potem znów na niebo. Cały czas szliśmy przed siebie, w stronę mojego domu.
- A założysz się, że da? Jeśli kiedyś polecisz w kosmos, to znaczy, że wygrałem.
- Zgoda, ale wiesz, że i tak już wygrałam, bo to się nie spełni. – Spojrzałam na niego z miną uradowanego trzylatka, który właśnie dostał cukierka.
- Nigdy nie mów nigdy. – Jared uśmiechnął się pod nosem, włożył ręce do kieszeni spodni i kopnął kamyk leżący na ziemi. Resztę drogi do mojego domu spędziliśmy w ciszy, sekretnie patrząc się na siebie. Czułam jego wzrok na swoim ciele, kiedy patrzałam na niego by to sprawdzic, on momętalnie odwracał głowę. To było miłe, bardzo miłe. Poczułam takie dziwne ciepło w sercu. Czy on czuje to samo? Spytaj go. Podpowiedziało mi drugie ja. Oszalałaś, tak po prostu chcesz go zapytac czy się w tobie zakochał? Tak. Mój umsł mnie przeraża. Podeszliśmy przed mój dom, nadszedł czas rozstania.
- Jak coś to zawsze możesz na mnie liczyc, tak tylko mówię. – Jay cały czas patrzał w ziemię od czasu do czasu zerkając na mnie.
- Tak ty na mnie też. No to pa. – Pokiwałam mu i skierowałam się w stronę domu. Jared spojrzał na mnie i także poszedł w swoją stronę. Nagle ogarnęło mnie coś dziwnego, zawróciłam i pobiegłam do niego. Złapałam go za ramię, a ten znów spojrzał na mnie tymi pięknymi błękitnymi oczami.
- Muszę cię o coś zapytac. – Spojrzałam na niego, sama niedowierzając tego co właśnie chcę uczynic.
- Słucham cię? – Brunet uśmiechnął się do mnie.
- Zakochałeś się we mnie? – Palłam prosto z mostu, co mi tam raz się żyje. Jay spojrzał na mnie zaskoczony i się uśmiechnął. Przybliżył głowę do mojego ucha i wyszeptał ciche „ Tak ‘’. Moje serce zaczeło bic jak oszalałe. Nie pamiętam kiedy ostatnio znajdowałam się w takim stanie. Czy on mówi prawdę? Czy robi sobie ze mnie tylko żarty? Spytaj go. Spojrzałam przed siebie, odprowadzając go wzrokiem. Spytam, na pewno spytam jeśli jeszcze go kiedyś zobaczę. Stałam na ulicy jak wryta patrząc na niego tak długo, aż nie zniknął za zakrętem. Ale jak to możliwe? Zakochac się w kims po dwóch dniach? Nie, nie. On na pewno robi sobie żarty, bo przecież takie historie zdarzają się tylko w filmach. Powolnym krokiem wróciłam do domu. Taty jeszcze nie było. Zdjełam buty i udałam się na górę do swojego pokoju. Przebrałam się w krótkie czarne dresowe spodenki i luźną szarą koszulkę. Usiadłam na paracie i patrzałam w gwiazdy, myśląc o nim. Przecież to nie może by prawda, nie da się zakochac w kimś po dwóch dniach. Czuję do niego sympatię, chodź miałam nienawidziec każdego osobnika płci męskiej. Jak to możliwe? Jared Leto. Czym jeszcze mnie zaskoczy?
___________________________
* - Nie możesz miec wszystkiego czego chcesz.
Rodział ogólnie dośc nudny, osobiście najbardziej podoba mi się końcówka. Scena z imprezą to totalne dno. Dalsze rozdziały są już w owiele lepszym stanie, przynajmniej mi się tak wydaje. Do oceny zostawiam to wam.
- Stary jaką ty masz zajebistą siostrę! – Uwaga zaczyna się. Podleciał do nas David, gospodarz imprezy.
- Z tego co wiem to jest wolna więc do dzieła. – Poklepałem go po ramieniu. Po zrobieniu dwóch drinków dla siebie i dla Amy usiedliśmy na kanapie. Podałem trunek w jej ręce i cmokłem jej policzek. Ona odłozyła nasze napoje na stół przyciągneła mnie bliżej siebie i zaczeła całowac. Nasze języki poruszały się z perfekcją, tocząc walkę. Uwielbiałem jej smak, dotyk, wszystko co jest z nią związane. Chwyciłem ją za pośladki, na których delikatnie zacisnąłem obydwie ręce. Całowaliśmy się z coraz większą namiętnością. Miałem ochotę zerwa z niej rzeczy niczym zwierzak i kochac się z nią dopóki, zabraknie mi sił. Położyłem rękę na jej piersi na co ona zmysłowo zamruczała.
- Ja wiem, że ty byś chciał, ale masz szlaban. – Amy wyszeptała mi na ucho te słowa, po czym pocałowała płatek mojego ucha.
- Oj kochanie ty tak na poważnie? – ścisnąłem mocniej jej pierś.
- Na poważnie. – Rudowłosa dziewczyna cmokła moje usta delikatnie, po czym wzieła obydwie moje dłonie i zdjeła je z siebie. Jak mogła? Przecież nigdy tak nie robiła. Kurwa, chyba sobie nieźle nagrabiłem. Objąłem ją ramieniem i upiłem łyk drinka.
- Siema Louis! – spojrzałem za siebie gdzie stał Jared ze swoim bratem Shannonem. Nie znałem gościa ddobrze, ale mówią, że jest spoko.
- Niestety kochaniutki spóźniłeś się Alex jest już wyrywana. – Z uśmiechem na twarzy spojrzałem na przyjaciela czekając na jego reakcję.
- Co, kurwa gdzie, który?! – Jared zaczął krzyczec czym przyciąnął uwagę wszystkich ludzi.
- No brawo pacanie! – Shannon uderzył go w tył głowy z otwartej ręki. Letośki zaczęły się kłócic, a w między czasie dosiadła się do nas Alex z Davidem, któremu ku mojemu zaskoczeniu usiadła na kolanach. Alex nigdy nie dawała się podrywac, więc to nowośc. Najczęściej spławiała facetów, no chyba, że to jej zależało. Jared na ich widok zrobił się czerwony jak nigdy, na prawdę nigdy nie widziałem go w takim stanie. Pod lewym okiem wyskoczyła mu żyłka, która zawsze wyskakuje mu gdy jest zły. Jay cały czas zaciskał nerwowo pięści.
- Jezus, młody usiądź na dupe i siedź. Spłoszysz zaraz wszystkie dziewczyny i tyle z ciebie będzie. - Shannon klepnął go w brzuch, po czym usiadł na przeciwko nas, wyciągnął paczkę czerwonych Marlboro i odpalił papierosa.
- Hm? – Starszy Leto wyciągnął paczkę papierosów w naszą stronę, ale tylko David się poczęstował. Widziałem w oczach Alex, że zaczyna ją denerwowac ten koleś. Ona nie nawidziła kiedy ktoś palił, zwłaszcza w jej towarzystwie. Czyli David jest skreślony.
Alex :
Spojrzałam przed siebie gdzie go ujrzałam. Kogo? Jareda. Tak tego Jareda. Obok niego stał drugi mężczyzna chociaż nie tak bardzo przystojny jak Jay. Byli do siebie bardzo podobni więc stawiam, że to jego brat, ponieważ miał się tu z takowym pojawic. David cały czas obściskiwał mnie co zaczeło mi działac na nerwy. No i jeszcze papierosy, dobra spadam stąd.
- Muszę iśc do toalety, przepraszam. – Wstałam z kolan blądyna ze sztucznym uśmiechem i bardzo szybko zwinełam się stamtąd. Udałam się do toalety i zamknęłam się w niej, obmyślając dokładny plan jak wyrwac się stąd. Muszę przepchac się przez tych wszystkich ludzi tak żeby David mnie nie zobaczył. Dlaczego? Dlatego, że nie chce miec już z nim nic doczynienia plus nie odpowiada mi jego towarzystwo. Na początku kiedy do mnie podszedł wydawał się gentelmanem, ale teraz już wiem, że chodzi mu tylko o seks. O nie kochaniutki takie numery to nie ze mną. Zresztą co ja tam mogę wiedzie jak znam go jakąś godzinę. Nic, oprócz tego, że przez niego straciłam całą chęc do imprezowania dzisiejszego wieczoru. Dobra, czas na wymknięcie się stąd tak, żeby nikt tego nie zauważył. Umyłam ręcę i wyszłam z toalety, przed którą była dośc spora kolejka. Udałam się na dół i jakimś cudem wymknęłam się z mieszkania. Napisałam esemesa Louisowi, że wracam do domu, żeby potem mnie nie szukał. Do domu mam jakąś dobrą godzinę drogi, cóż pospraceruję sobie. Idąc przed siebie patrzałam na każdy samochód, który stał na drodze, na każdy dom. W pewnym momęcie wpadła mi do ucha melodia. Zupłenie nowa, tak to będzie moja piosenka. Stop, ja nie umiem pisac piosenek. Na tym skończyły się moje rozmyślania na ten temat. Szłam wolnym krokiem już dobre dwadzieścia minut, nucąc pod nosem piosenkę Richarda Marxa „ Right here waiting ‘’. Zapatrzona w drogę przed sobą, zaczełam znów myślec o Jaredzie. Przecież miałam go nienawidziec. Dlaczego nienawidziec? Dlatego, że wiem jak kończy się miłośc. Nie za bardzo jestem gotowa na kolejny związek po tym co zrobił mi John. Potraktował mnie jak kompletną szmatę. Jak się rozstaliśmy? Pewnego dnia idąc parkiem niedaleko mojego domu zauważyłam go z inną dziewczyną, trzymali się za ręce. Zdenerwowałam się, podeszłam do niego z zapytaniem o co tutaj chodzi. Wziął mnie na bok zaczął się tłumaczyc, pocałował mnie, dzięki czemu zaczełam mu wierzyc w te kłamstwa, po czym oznajmił mi prosto w oczy, że ze mną zrywa, zaczął sie ze mnie śmiac i odszedł z tamtą dziewczyną. Na samo wspomnienie poleciały mi łzy z oczu. Faceci to jednak paskudne bestie, ale świat byłby nudny bez nich. Nie ma co płakac nad rozlanym mlekiem trzeba się ogarnąc i życ dalej. Czy sie da? Da się, tylko czasami patrząc na różne miejsca czy rzeczy, rozpierdala ci serce od środka, potrafisz się rozpłakac jak nienormalny z ogromną bezradnością. I właśnie to cię najbardziej boli. Bezradnośc w związku z niektórymi rzeczami. Chodź od tego wydarzenia minęły dwa miesiące, ja nadal potrafię wylac łzy z zapytaniem dlaczego. Co miała ona czego nie miałam ja? Widocznie John to nie był ten jedyny, ale kurwa no ja nie wyobrażam sobie, żeby mógł byc ktoś inny. Dlatego tak bardzo odrzucam każdą nową znajomośc z płcią męską. Dlaczego? Bo nadal mam nadzieję, że stanie się jakiś cud i John do mnie wróci, albo obudzę się i to wszystko to bedzie tylko zły sen. Sama się sobie dziwiłam, że tak łatwo uległam dzisiaj Davidowi, ale jednak to nie było to, narazie nie potrafię. Poczułam na swoim ramieniu dłoń, przestraszyłam się nie na żarty, obejrzałam się do tyłu gdzie stał Jared. Skąd on się tutaj wziął? Boże, ten człowiek pojawia się i znika.
- Czy ty chcesz żebym ja umarła na zawał przez ciebie?
- Oj przesadzasz, chciałem z tobą tylko porozmawiac. – Brunet uśmiechnął się do mnie i zachęcił do tego byśmy szli a nie stali w miejscu. – Jeśli chcesz to cię odprowadzę do domu, ale w zamian za udzielenie mi rady.
- Dobra. – Co mi szkodzi, przynajmniej się czegoś o nim dowiem.
- Bo jest taka dziewczyna i ja strasznie chciałbym się do niej zbliżyc, ale za bardzo nie wiem jak. Gdyby to za tobą uganiał się jakiś facet, taki natrętny jak ja to czego byś od niego oczekiwała?
- A czego ja bym mogła oczekiwac od faceta, którego nie znam. Człowieku wiesz co to jest rozmowa? – Jared skinął twierdząco głową. – To do dzieła, a nie. – uśmiechnęłam się do niego chyba pierwszy raz od kąd go znam.
- No dobra, ale gdybyś na przykład miała chłopaka, chyba, że masz chło... – spojrzałam na niego i zaczeła kręcic przecząco głową. – No to gdybyś miała chłopaka, to chciałabyś żeby gdzie cię zaprosił na pierwszą randkę?
- Na marsa. – spojrzałam w gwiazdy.
- Chciałabyś poleciec w kosmos?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. To takie moje małe marzenie, chociaż wiem, że i tak nigdy się nie spełni. – Spojrzała na niego i znów się uśmiechnęłam.
- Nawet najcięższe marzenia są do spełnienia jeśli tylko czegoś bardzo mocno pragniesz. – Jay spojrzał mi w oczy. – One leżą tu, w twoim sercu. To od ciebie zależy czy się spełnią czy nie. Jeśli w stu peocentach oddasz się spełnianiu swoich marzeń, uwierz mi, że pod koniec życia będziesz czuła się spełniona.
- Bzdura. Nie każde marzenie da się spełnic. – Spojrzałam w podłogę, a potem znów na niebo. Cały czas szliśmy przed siebie, w stronę mojego domu.
- A założysz się, że da? Jeśli kiedyś polecisz w kosmos, to znaczy, że wygrałem.
- Zgoda, ale wiesz, że i tak już wygrałam, bo to się nie spełni. – Spojrzałam na niego z miną uradowanego trzylatka, który właśnie dostał cukierka.
- Nigdy nie mów nigdy. – Jared uśmiechnął się pod nosem, włożył ręce do kieszeni spodni i kopnął kamyk leżący na ziemi. Resztę drogi do mojego domu spędziliśmy w ciszy, sekretnie patrząc się na siebie. Czułam jego wzrok na swoim ciele, kiedy patrzałam na niego by to sprawdzic, on momętalnie odwracał głowę. To było miłe, bardzo miłe. Poczułam takie dziwne ciepło w sercu. Czy on czuje to samo? Spytaj go. Podpowiedziało mi drugie ja. Oszalałaś, tak po prostu chcesz go zapytac czy się w tobie zakochał? Tak. Mój umsł mnie przeraża. Podeszliśmy przed mój dom, nadszedł czas rozstania.
- Jak coś to zawsze możesz na mnie liczyc, tak tylko mówię. – Jay cały czas patrzał w ziemię od czasu do czasu zerkając na mnie.
- Tak ty na mnie też. No to pa. – Pokiwałam mu i skierowałam się w stronę domu. Jared spojrzał na mnie i także poszedł w swoją stronę. Nagle ogarnęło mnie coś dziwnego, zawróciłam i pobiegłam do niego. Złapałam go za ramię, a ten znów spojrzał na mnie tymi pięknymi błękitnymi oczami.
- Muszę cię o coś zapytac. – Spojrzałam na niego, sama niedowierzając tego co właśnie chcę uczynic.
- Słucham cię? – Brunet uśmiechnął się do mnie.
- Zakochałeś się we mnie? – Palłam prosto z mostu, co mi tam raz się żyje. Jay spojrzał na mnie zaskoczony i się uśmiechnął. Przybliżył głowę do mojego ucha i wyszeptał ciche „ Tak ‘’. Moje serce zaczeło bic jak oszalałe. Nie pamiętam kiedy ostatnio znajdowałam się w takim stanie. Czy on mówi prawdę? Czy robi sobie ze mnie tylko żarty? Spytaj go. Spojrzałam przed siebie, odprowadzając go wzrokiem. Spytam, na pewno spytam jeśli jeszcze go kiedyś zobaczę. Stałam na ulicy jak wryta patrząc na niego tak długo, aż nie zniknął za zakrętem. Ale jak to możliwe? Zakochac się w kims po dwóch dniach? Nie, nie. On na pewno robi sobie żarty, bo przecież takie historie zdarzają się tylko w filmach. Powolnym krokiem wróciłam do domu. Taty jeszcze nie było. Zdjełam buty i udałam się na górę do swojego pokoju. Przebrałam się w krótkie czarne dresowe spodenki i luźną szarą koszulkę. Usiadłam na paracie i patrzałam w gwiazdy, myśląc o nim. Przecież to nie może by prawda, nie da się zakochac w kimś po dwóch dniach. Czuję do niego sympatię, chodź miałam nienawidziec każdego osobnika płci męskiej. Jak to możliwe? Jared Leto. Czym jeszcze mnie zaskoczy?
___________________________
* - Nie możesz miec wszystkiego czego chcesz.
Rodział ogólnie dośc nudny, osobiście najbardziej podoba mi się końcówka. Scena z imprezą to totalne dno. Dalsze rozdziały są już w owiele lepszym stanie, przynajmniej mi się tak wydaje. Do oceny zostawiam to wam.
środa, 22 sierpnia 2012
1. Try to live a normal life.
Znów ta kompletna szarość.
Dlaczego w moim życiu nic nie może być proste? W uszach słuchawki, kompletne
odcięcie od świata. Czy robie dobrze? Czy źle? W głebi duszy sama powinnam
odpowiedziec sobie na te pytania. Co będzie ze mną dalej? Każda próba podjęcia nowej
walki konczy się porażką. Nigdy nie zaakceptuję siebie, swojego ciała. Nigdy
nie zaakceptuję, że to zdarzenie miało kiedykolwiek miejsce.
- Alex, córeczko. Ja lecę
do pracy, za nie całą godzinę wpadnie tu kolega Louisa po papiery, które są
uszykowane na dole w kuchni. – Z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos ojca. No tak
jest dziesiąta tata idzie do pracy.
- Po południu przyjdzie babcia więc ogarnij tu trochę. – Na każde jego słowo po prostu przytakiwałam. Nie miałam ochoty wciagać się w żadne głebsze dyskusje, po prostu chce zostać sama, chodź wiadomość, że przyjdzie babcia niezmiernie mnie ucieszyła. Była to kobieta, którą od dziecka darzyłam niezwykłym szacunkiem i ogromną miłośćią. Była dla mnie zupełnie jak matka. Jej potrafię zwierzyć się z każdego jednego problemu. Wiem, że zawsze mi pomoże, kopnie w dupe kiedy będzie trzeba, nakrzyczy jak zrobie coś źle, ale zawsze będzie mnie kochać. Moje stosunki z tą kobietą są dobre jak z nikim. Wychowała mnie, pokazała mi jak kochać, jak być dobrym dzieckiem. Nauczyła mnie wszystkiego za co jestem jej cholernie wdzięczna. Bez niej nie była bym tym kim jestem.
- Po południu przyjdzie babcia więc ogarnij tu trochę. – Na każde jego słowo po prostu przytakiwałam. Nie miałam ochoty wciagać się w żadne głebsze dyskusje, po prostu chce zostać sama, chodź wiadomość, że przyjdzie babcia niezmiernie mnie ucieszyła. Była to kobieta, którą od dziecka darzyłam niezwykłym szacunkiem i ogromną miłośćią. Była dla mnie zupełnie jak matka. Jej potrafię zwierzyć się z każdego jednego problemu. Wiem, że zawsze mi pomoże, kopnie w dupe kiedy będzie trzeba, nakrzyczy jak zrobie coś źle, ale zawsze będzie mnie kochać. Moje stosunki z tą kobietą są dobre jak z nikim. Wychowała mnie, pokazała mi jak kochać, jak być dobrym dzieckiem. Nauczyła mnie wszystkiego za co jestem jej cholernie wdzięczna. Bez niej nie była bym tym kim jestem.
- Czy ty mnie wogóle
słuchasz? – Tata podszedł do mnie i pomachał mi ręką przed oczyma. – Na dole
zostawiłem ci pięćdziesiąt dolarów.
- Dziękuje tatusiu. – Nie
wiedzieć czemu, cholernie szeroko się uśmiechnęłam i wtuliłam w ojca. Nasze
kontakty nie są zbyt dobre, czasem nawet mam wrażenie, że podchodzimy do siebie
z dystansem. No, ale cóż po odejściu mamy tata w stu procentach poświęcił się
pracy.
- I najważniejsze, kocham
cię. – Słowa, które wypłynęły z jego ust także mną wstrząsneły. Nie często
słyszę od niego, że mnie kocha. Kiedyś powtarzał mi to codziennie, a teraz?
Teraz dopiero widać jak czas i wydarzenia zmieniają człowieka i jakie blizny
potrafią zostawić.
- Też cię kocham tato. Leć
już bo sie spóźnisz. – Podałam ojcu torbę, w której ma wszystko potrzebne do
pracy. Papiery, dokumenty, kawe itp. Tata ma swoją firmę budowlaną, co nie jest
zbyt dobre dla nas. Tak niby są pieniadze, ale przecież to nie to jest
najważniejsze. Ojca praktycznie nigdy nie ma w domu ciagle pracuje. Wychodzi
rano wraca w nocy i tak na okrągło. Spojrzałam przed siebie gdzie ojca już nie
było. No tak ostatnio ciągle mam głowę w chmurach i nie widzę co sie dzieje w
okół mnie. Postanowiłam zrobić czynność, którą zlecił mi tata lecz najpierw wolę
ogarnąć samą siebie. Udałam sie do łazienki gdzie z samego wejscia uderzyła
mnie woń męskich perfum. Jednak są plusy mieszkania z dwoma facetami. Zamknęłam
drzwi od łazienki i pierwszą czynnością jaką zrobiłam było spojrzenie w lustro.
No tak niedomyty makijaż z wczoraj, przetłuszczone włosy. Boże, jak ja mogłam
dopuścić do takiego stanu. Rozpuściłam włosy z niedbałego koka zdjęłam rzeczy
które miałam na sobie i weszłam pod prysznic gdzie momętalnie uderzyła mnie
fala ciepłej wody. Tak tego mi było trzeba. Stałam tak z pięc minut pozwalając
wodzie swobodnie spływać po moim ciele, po czym zorientowałam sie, że takie coś
nie ma najmniejszego sensu. Nałożyłam na siebie truskawkowy żel pod prysznic
oraz czekoladowy szampon na włosy. Po czterech minutach dokładnej pielęgnacji
włosów spłukałam szapmon i żel. Zakręciłam wodę i wyszłam spod prysznica,
stawiając stopy na miękki puchowy, zielony dywanik. Wziełam mój różowy ręcznik,
który ma już swoje lata, ale trudno mi sie z nim rozstać mam do niego straszny
sentyment. Dlaczego? Nie wiem, może dlatego, że to jedna z niewielu rzeczy po
mamie. Chodź jej nie cierpię czasami potrafie wylać łzy nad jej zdjęciem z
zapytaniem dlaczego? Dlaczego wolała go niż rodzinę? Owinęłam się szczelnie
ręcznikiem i podeszłam do lustra. Tam rozczesałam włosy i dokładnie je
wysuszyłam po czym zrobiłam sobie delikatny makijaż. Na górnej powiecie
narysowałam cieniutkie kreski eyelinerem i dokładnie wytuszowałam rzęsy.
Włożyłam kosmetyki do kosmetyczki, zgasiłam światło i udałam sie do swojego
pokoju. Z komody wyciągnęłam czarną bieliznę, którą po chwili miałam na sobie.
Uslyszałam dzwonek do drzwi, przez to, że byłam święcie przekonana, że to
babcia zbiegłam na dół w samej bieliźnie i otworzyłam drzwi. Przedemną pojawił
się niebieskooki brunet. W głowie miałam milion myśli na sekunde. Zapatrzyłam
sie w jego oczy niczym zachipnotyzowana co ewidentnie go zakłopotało bo
odwrócił wzrok. Na chwilę zupłenie zapomniałam o tym, że swoje przed obcym
człowiekiem w samej bieliźnie.
- Em.. cześć. – Wydusił z
siebie brunet po czym wyciągnął dłoń w moją stronę. Uścisnęłam ją. Dopiero
teraz dotarło do mnie, że mój strój jest zbyt skąpy by paradować w nim przed
nieznaną mi osobą. Jednym ruchem zamknęłam drzwi przed chłopakiem.
- Ja pierdole czy ja kiedykolwiek myśle? – Zadałam sobie sama pytanie z nadzieją, że ktoś mi odpowie. Założyłam na siebie pierwszą koszulkę, którą znalazłam, okazała sie to koszulka Louisa z logiem Nirvany. Z powrotem otworzyłam drzwi koledze mojego brata.
- Ja pierdole czy ja kiedykolwiek myśle? – Zadałam sobie sama pytanie z nadzieją, że ktoś mi odpowie. Założyłam na siebie pierwszą koszulkę, którą znalazłam, okazała sie to koszulka Louisa z logiem Nirvany. Z powrotem otworzyłam drzwi koledze mojego brata.
- Wiesz... jak wyglądam aż
tak strasznie, że zamykasz mi drzwi przed nosem to przepraszam. – Chłopak
uśmiechnął się do mnie idealnym uśmiechem, idealnie równe białe zęby. Jak ja
nienawidzę takich ludzi.
- Musiałam załatwić pewną
rzecz. – uśmiechnęłam się irocznie i pokazałam gest zachęcający do wejścia do
domu – Wskakuj. – Wszedł do pomieszczenia, zamknęłam za nim drzwi i udałam się
do kuchni.
- Louis zostawił dla ciebie
tą teczkę. – przekazałam białą rzecz w ręce nieznajomego. – Napijesz się
czegoś? – Gościnność nie jest mi zbyt znana, ale jak mus to mus.
- Wody jeśli mógłbym
prosić, a tak wogóle to Jared jestem. – Kolejna rzecz której nienawidziłam w
nim. Imie. Tom, kochanek mojej matki miał tak na drugie.
- Alex. – Odpowiedziałam mu
krótku i podałam szklankę z wodą.
- Louis nigdy nie
opowiadał, że ma tak piękną siostrę.
- Widzisz najwyraźniej
wstydził się, że ma taką brzydotę w domu. – Uśmiechnęłam sie sztucznie do
Jareda. Po pół godzinnej dyskusji na temat mojego wygląda, ogólnie na mój temat
kolega Louisa opuścił nasz dom. Usiadłam na kanapie w salonie i bezsensownie
gapiąc się w telewizor, myślałam o niebieskich oczach, pięknych włosach,
twarzy, szczupłej sylwetce. Myślałam o nim. O Jaredzie. Ale przecież mam go
nienawidzieć. No tak, tak nienawidzieć... – Rozmawiałam sama ze sobą. Przed
moimi oczyma znów pojawił się on. Po piętnastominutowych przemyśleniach na
temat tego osobnika ogarnęłam myśli i poszłam posprzątać w domu. Czynność, która
zajęła mi niecałą godzinę została zrealizowana zgodnie z prośbą taty. W domu
panował porządek, ale znając życie, babcia i tak sie do czegoś przyczepi.
- Cześć babciu! –
otworzyłam radośnie drzwi i pierwsze co uczyniłam to mocno przytuliłam się z
matką mojego ojca. Moja kochana babcia. Od małego spędzałam u niej jak
najwięcej czasu, ponieważ rodzice wiecznie pracowali. Chodziłam z nia na
spacery. Spałam u niej z Louisem, gotowała nam przepyszne obiady. Zaw...
- Dziecko kochane jaka ty jesteś chuda! – no i się zaczeło.
- Dziecko kochane jaka ty jesteś chuda! – no i się zaczeło.
- Wszystkie kości ci widac,
czy wy nie macie co jeść? – Babcia otworzyła lodówkę pełną zdrowej żywności. –
Sałata, pomidory?! Przecież wy się tym nie najecie! Dobrze, że przyniosłam wam
jedzenie! – Babcia latała jak oszalała z jednego miejsca na drugie.
- Boże Babciu! – złapałam
ją za ramiona tak, że zetknęłyśmy się wzrokiem.
- Zrozum ja się po prostu o
was martwię. – Kobieta spojrzała na mnie pełnym troski wzrokiem.
- Babciu tyle razy ci
mówiłam nie jestem chuda. Jestem normalna taka już jestem po mamie. Przecież
ojciec też jest szczupły to my mamy być grubi jak nie wiem co. Nie da rady,
taka uroda. – Spojrzałam na babcie której poleciały łzy z oczu.
- Nie płacz babciu po
prostu musisz się pogodzić z tym, że dorosliśmi.
- Tak Alex tak, masz rację.
Przyniosłam wam rosół żebyście głodni nie chodzili. – Siedemdziesięciolatka
wyjeła z torby trzy plastikowe pudełka z rosołem w środku.
- To dla ciebie, taty, i
Lou. – Babcia pokazała poszczególnie palcem, które jedzenie jest dla kogo,
ponieważ każdy lubi inaczej przyprawione. Ja wolę łagodne potrawy, tata
pośrednie, a Louis jest pożeraczem wszystkiego co ostre.
- Babciu jesteś aniołem! –
Tak babci rosołek jest najlepszy na świecie. Miałam zamiar podejść do babci i
ją wyściskać ale w tym momęcie zadzwonił telefon.
- Halo? – w słuchawce
odezwało się echo dzięki czemu słyszałam swój własny głos, którego nie trawię.
- Siema młoda! – No tak to
Louis. – Jay mówił, że paradowałaś przed nim w bieliźnie mrmr! – mój starszy
brat zaczął mi mruczeć do słuchawki jakby mu ktoś dogadzał.
- Zamknij twarz. Nie
wiedziałam, że to on byłam w stu procentach przekonana, że to babcia. Nie
ważne. Co chcesz?
- Ubierz coś seksownego,
wpadamy z Jaredem po ciebie i czas na impreze! – mój brat zaczął wydawać dziwne
okrzyki po drugiej stronie telefonu.
- Taaa, zwłaszcza jak
babcia jest u nas to na pewno gdzieś wyjdziemy. Zresztą ja nie mam ochoty
nigdzie z wami iść. – Odpowiedziałam mu bez głębszych emocji.
- Pozbądź się jej. –
Usłyszałam głos szefa Lou i Jay’a – Dobra musze spadać nara! – I sie rozłączył.
Tak jak zwykle kochany braciszek zostawił wszystko na mojej głowie. I co ja mam
do cholery wymyśleć? Louis masz w morde!
_____________
Przepisując ten rodział z zeszytu na komputer, okazał on się o wiele krótszy niż myślałam. Obiecuje, że kolejne będą dłuższę, bo w tym nie mam zamiaru już wprowadzać poprawek. Nie jestem z niego zbytnio zadawolona, ale mam nadzieję, że was nie zawiodłam. :)
sobota, 18 sierpnia 2012
Prolog.
- Tata! – radosna dziewięciolatka
podbiegła do swojego ojca nie mając kompletnie świadomości jak tragiczną
wiadomość ma jej i Louisowi – starszemu bratu dziewczyny, do przekazania jeden
z rodziców.
- Cześć księżniczko! – ojciec dwójki
wspaniałych dzieci, próbował zachować codzienność. Uśmiechał się, nie dał po
sobie poznać, że coś mogło się stać. Nie miał zamiaru mówić swojej córce, że
jej matka nie żyje. Bo przecież jak powiedzieć niespełna dziewięciolatce, która
dopiero zaczyna poznawać świat, że jej mama odeszła, że wolała jeździć na
motorze ze swoim kochankiem niż być z rodziną w domu. Jak? Przez głowę
mężczyzny przechodziły okropne myśli. Strach, ból, cierpienie. Miał zamiar
powiedzieć swojemu synowi o zaistniałej sytuacji, ale kompletnie nie wiedział
jak powiedzieć to jej. Swojej ukochanej córeczce, która tak cieszy się z życia.
Biega po pokoju w różowym stroju księżniczki nieświadoma, że resztę życia
spędzi bez swojej rodzicielki. Louis starszy syn Harrego zbiegł po schodach na
dół domu.
- Cześć tato. – przybił z ojcem żółwika
jak to mieli w zwyczaju, wziął swoją czarną bluzę i zbliżył się do drzwi
wejsciowych.
- Gdzie idziesz? – zapytał go ojciec, z
okropnym bólem w głosie. To wszystko jest tak trudne dla niego. Będzie tak
trudne dla nich, jego dzieci.
- Idę z mamą po buty. Pamiętasz? Jak wyjeżdżała to się z nią umówiłem. – odpowiedział mu szesnastolatek. W ty momęcie Harry poczuł
ogromny ucisk w sercu, poleciały mu łzy z oczu. Zwrócił się do syna by
poczekał. Ten obrócił się w jego stronę pytającym wzrokiem. Samotny już w tej
chwili ojciec nie wiedział jak ma wyjaśnić synowi swoje zachowanie. Jak ma
wyjanić, że w ten dzień, czternastego kwietnia 1986 roku, jego dzieci zostały
pół sierotami. W głowie mężczyzny znów pojawiły się pytania, na które nie
potrafił sobie odpowiedzieć.
- Two... twoja matka nie żyje... –
Ojciec wydusił to z siebie najciszej jak tylko potrafił, lecz wystarczająco
głośno by każdy znajdujący się w tym pomieszczeniu to usłyszał. Syn Harrego
złapał się za głowę po czym wybuchnął płaczem. Córka mężczyzny nie za bardzo
wiedziała co ma zrobic więc poszła w ślady starszego brata. Nie docierało do
niej, że to co powiedział jej ukochany tata jest prawdą. Jak jej mama może nie
żyć? Przecież pojechała w delegację do Hiszpanii. Miała wrócić, miało się
wszystko ułożyc, znów miała być zwykła sielanka w ich życiu. Lecz takie życie
zostało wykluczone z ich życiorysu na zawsze. Jak to się stało? Jak mogło do
tego dojść? Harry obwiniał się za to, że go tam nie było, przecież przysięgął,
że zawsze pomoże żonie w potrzebie. A go tam nie było. Obwiniał się za
zaistniałą sytuację, za to, że pozwolił matce swoich dzieci wyjechać w „
delegację ‘’ , nie mając żadnego pojęcia, że to tylko przykrywka by spotkać się
z Tomem. Człowiekiem, którego niekiedyś Harry nazywał swoim przyjacielem. Teraz
stracił ich obu. I żonę i przyjaciela. Obydwoje nie żyli. Dlaczego tak łatwo
jej ufał? Dlaczego pozwolił jej wyjechać? Dlaczego? Przez jego głowę znów
przechodziło milion pytań, na które nie znał odpowiedzi. Widok cierpiących
dzieci łamał mu serce.
14
sierpnia, 1986.
-
Jedziemy? – Zapytał z radością, w głosie Tom. Założył swojej ukochanej kask na
głowę i obydwoje wsiedli na motor.
-
Kochanie.. boję się. – Odparła mu na to trzydziesto-pięcio letnia Katherine. W
głowie miała najczarniejsze scenariusze.
-
Zaufaj mi, nic Ci się nie stanie. – Zaufanie kobiety było błędem. Trzy minuty
później leżeli martwi na autostradzie. Po dziesieciu minutach przyjechała
karetka, policja, ale było już za późno. Motor leżał obok nich w kawałkach a
oni trzymali sie za ręcę. Taki piękny widok w tak tragicznej sytuacji. Policja
nie wiedziała co ma zrobić. Koło miejsca wypadku przejeżdżał mąż Katherine.
Zatrzymał się by sprawdzić co się stało. Zwykła ciekawość, która znów zawiodła.
-
Ja pierdole! – Krzyknął mężczyzna i upadł na ziemie. Po co on tam szedł? Po co
sprawdzał co sie stało. Jego żona nie żyła. Podbiegł do niego lekarz z
zapytaniem czy zna te osoby. Mężczyzna nie potrafił wydusić z siebie słowa,
widok jaki zobaczył wstrząsnął nim niesamowicie. Skinął twierdząco głową co
miało być odpowiedzią.
-
Kim oni są? – Podszedł do niego policjant z białym notesikiem. Nikt nie zwracał
uwagi na to, że Harry klęczy na ziemi wśród porozbijanego szkła. Chcieli sie
tylko dowiedzieć kto to jest i mieć świety spokój. A dla niego zawalił się
właśnie cały świat. To przecież ona, najwspanialsza kobieta jaką znał. I Tom.
Jego przyjaciel. Ale jak oni znaleźli się tu razem? Przecież ona miała być w
Hiszpanii... Mąż Katherine miał przed oczami zdradę. Zdradę jego żony. Widział
ją i jego najlepszego przyjaciela jak się obściskują. Jak jego ukochana żona
kocha się z jego przyjacielem. Ogarnęła go nienawiść do tego człowieka. Wstał
otrzepał kolana i jeszcze raz spojrzał na ciała. Czuł obrzydzenie, chęć zemsty,
ale było już za późno.
-
Czy mógłby mi pan odpowiedzieć na pytanie? – Z rozmyśleń mężczyzny wyrwał go
głos potężnego policjanta.
-
To moja żona.. i Tom.. Tom Henley. – Mężczyzna spojrzał na postać przed sobą
cały zapłakany. Jedyne co mu pozostało to się zabić. Ale przecież ma dzieci.
Dzieci z miłością swojego życia. A co jeśli to nie jego dzieci? Co jeśli to
dzieci Toma? Widział najgorsze sceny przed oczami. Przecież przysięgała mu
wiernośc do końca życia. Harry udał się do swojego samochodu, usiadł na miejscu
kierowny i rozpłakał jak małe dziecko. Jego ukochana nie żyje. Jego żona z
którą spedził 17 lat swojego życia. Przed szybą samochodu znów pojawił sie
policjant. Czy on da mi wreszczcie spokój?- Pomyślał czterdziestolatek.
-
Przepraszam, ale musi się pan udać z nami na komędę. Złożyć zeznania. Pańskie
nazwisko? – Policjant spojrzał na zaciśnięte ręcę mężczyzny.
-
Wesley...
____________________
Do napisania czegokolwiek zainspirował mnie pewien odcinek trudnych spraw. Ogladałam go bodajże w maju i myslałam nad tym, żeby coś napisać. Nie jest to oczywiście tak doskonałe jak opowiadania innych, ale wydaje mi się, że zbiegem czasu jeśli będę coraz wiecej pisać uda mi się się dojść do określonego celu. Pewne rozmowy na twitterze dały mi dużo do myślenia. Pewna osoba powiedziała mi, że każdy może pisac jeśli tylko włoży w to serce. To są dopiero początki, ale obiecuje, że zbiegem czasu będzie coraz lepiej. Pozdrawiam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)