czwartek, 27 grudnia 2012

5. Never give up on love.

Jared :


- Ta ta ta ta! - rozgrzewałem swoje struny głosowe przed wejściem na scenę. Koncert charytatywny, będziemy grać same covery, ale od czegoś trzeba zacząć. Może jacyś ludzie zwrócą na nas uwagę i uda nam się wybić. Denerwowałem się jak zawsze, ale taka człowieka natura. Doskonale wiem o tym, że jak już tam wejdę i zacznę śpiewać po tremie zostanie tylko wspomnienie. Wspomnienie, które będzie powracało do mnie przed każdym kolejnym występem, ale to jest to o czym marzę, to co chciałem robić już od dawna. I wreszcie mam na to szansę. Zgromadziło się tu bardzo dużo osób, mam nadzieję, że chodź ktoś powie nam, że jesteśmy na tyle dobrzy, że będziemy mogli osiągnąć cokolwiek w przyszłości. Shannon stał w skupieniu i namiętnie nad czymś myślał. Matt natomiast spożywał jakiegoś batonika.
- Dobra chłopaki, jazda. To, na prawdę nasza wielka szansa więc błagam nie zjebmy tego. Jest tu mnóstwo ludzi, ludzi którzy mają duże stanowisko w branży światowej, ludzi którzy mogą nam pomóc się wybić. Jazda na scenę. Amen. - wszyscy się przeżegnaliśmy. Niezbyt wierzę w te całe bóżki, ale to taki nasz gest przed wyjściem na scenę. Wziałęm mojego akustyka w rękę i powędrowaliśmy na scenę. Wszyscy ludzie odwrócili się w stronę sceny. Pierwsze odgłosy perkusji, gitary no i jedziemy! Zaczęliśmy od piosenki Jamesa Blunta " You're beautiful". Jest to miłosna ballada, która wymaga perfekcji i wyczucia.
- My life is brilliant... - wyśpiewałem delikatnym głosem do mirofonu. Damska częśc publiczności zaczęła krzyczeć. Szczerze to nie spodziewałem się tego, ale to tylko pomogło pokonać mi tremę.
- You're beautiful, you're beautiful it's true.. - pokazałem palcem na jakąś brunetkę, która tylko nieśmiało uśmiechnęła się do mnie.
- I will never be with you! - Mój palec zwrócił się w stronę Shannona, co rozbawiło wszystkich ludzi. Spojrzałem na nich i uśmiechnąłem się.
- Jak się bawicie?! - Wykrzyczałem, na co oni odpowiedzieli głośnym krzykiem. O tym marzyłem całe moje życie. Zaśpiewaliśmy jeszcze dziesięt coverów, po czym niestety musieliśmy zejść ze sceny. Byłem strasznie spocony i cholernie chciało mi się pić. Dorwałem się do butelki wody co było w tej chwili moim jedynym marzeniem. Wytarłem się ręcznikiem i zdjąłem koszulkę. Ponieważ był środek lata było cholernie gorąco, więc bez żadnego dłuższego namysłu włożyłem ją sobie w spodnie dzięki czemu swobodnie zwisała. Postanowiłem rozejrzeć się po tym całym festynie więc wyszłem z częsci dla zespołów. Przed bramką stała grupka dziewczyn, która nieśmiało poprosiła mnie o autograf. Nigdy w życiu nie rozdawałem autografów. To, na prawdę cholernie miłe. Podpisałem każdą z kartek swoim imieniem.
- Jak się podobało? - zwróciłem się do nich.
- Buyło niesamowicie! Twój głos to wszystko! Jak się nazywacie? - odpowiedziała mi jedna z nich.
- Szczerze mówiąc to jeszcze nie jest oficjalne, ale jeżeli chciałybyście kiedyś poszukać nas to zawsze pod logiem 30 seconds to mars. - uśmiechnąłem się szeroko do nich. Poprosiły mnie o wspólne zdjęcie więc bez zastanowienia się zgodziłem. Po rozdaniu autografów, zrobienie zdjęć i krótkiej rozmowie, grzecznie je przeprosiłem i udałem się dalej. W pewnym momęcie poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
- Byłeś niesamowity! - odwróciłem się i zobaczyłem Alex. Mój boże czy to, na prawdę ona? Nie widzieliśmy się przecież tyle czasu.
- Co tutaj robisz?
- Louis urządza tutaj jakiś pokaz kulinarny więc zabrałam się z nim. - Brunetka poszła przed siebie, a ja ruszyłem za nią.
- Bardzo miło cię znów widzieć. I jak tam się życie układa?
- A nie powiem, że dobrze bo bym skłamała. - przysiedliśmy na jakiejś ławce. - Mam problemy z wagą bo ciągle mi skacze raz w górę, raz w dół. Babcia miała cięzki okres i bardzo chorowała, ale naszczęście teraz jest już wszystko dobrze. No i ten cholerny pajac. - tu wskazała na Louisa, który coś gotował a w okół niego było pełno ludzi.
- A co z nim ? - uśmiechnąłem się.
- On cierpi na debilstwo. A tak po za tym to powinniście zmienić styl grania. To co teraz zrobiliście jest okej, ale za dużo dzieci się wami zacznie interesować. Ta muzyka powinna być dla poważnych ludzi, no dobra dla pojebanych ludzi, ale ludzi, którzy ją zrozumieją i wiedzą czym jest prawdziwy rock!
- Sugerujesz, że jesteśmy zbyt..
- Piękni, młodzi ah i oh. Pokażcie, że umiecie ciężko zagrać a nie. Jak wy się w ogóle nazywacie?
- 30 seconds to mars. - spojrzałem na brunetkę.
- No właśnie trzydzieści sekund na marsa. To powinno się kojarzyć z kompletnym odlotem przy muzyce. Odlotem, którzy ludzie otrzymają po przesłuchaniu pare sekund waszych utworów. - To co ona mówiła miało sens, ale nie nawidzę kiedy ktoś wtrąca się i mówi mi co mam robić.
- Jasne, jasne może jeszcze ludzie mają pieprzyć się przy naszej muzyce?
- No i takie myślenie mi się podoba! - Alex uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie poznaję tej dziewczyny. Jeszcze nie dawno była tak cholernie zamknięta w sobie.
- No co tak na mnie patrzysz? Mówię ci jak jest, po prostu doradzam ci jako dobra.. koleżanka. - i gdzie jest to małe dziecko, które w niej tkwiło? - A teraz chodźmy na lody! - Okej, znalazłem je. Ona, na prawdę jest inna niż wszystkie. Ma swój styl bycia. Chodź jest cholernie dziecinna to i tak coś mnie do niej ciągnie. Przez ten czas kiedy się nie widzieliśmy, zdązyłem zapomnieć o tym, że cokolwiek przez jaką kolwiek chwilę do niej czułem, ale znów to wszystko powróciło. W tej dziewczynie jest tyle życia, tyle radości. Poszliśmy do budki z lodami.
- Jakie? - Alex spojrzała na mnie.
- Czekoladowe. - uśmiechnąłem się do niej.
- Dwie porcje czekoladowe poproszę.
- Ja zapłacę. - spojrzałem na nią i wręczyłem pani w średnim wieku dziesięcio dolarowy banknot.
- Okej jak sobie chcesz to płać. - Znowu przysiedliśmy na ławce. - Muszę ci powiedzieć, że coś nas łączy. - spojrzała na mnie. Moje serce zaczeło odrobinę szybciej bić.
- Co? Co.. co nas łączy?
- Obydwoje uwielbiamy czekoladowe lody.
- Racja. - posłałem jej kolejny serdeczny uśmiech. Nie wiem dlaczego moje serce tak zareagowało na słowa " coś nas łączy ". Ciekaw jestem co ona w tej chwili czuje. Nazywając siebie tylko moją koleżanką chyba określiła swoje uczucia do mojej osoby. Chciałbym abysmy byli chociaż przyjaciółmi. Spojrzałem na brunetkę, która z wielką niechęcią jadła czekoladowe lody.
- Co jest? - zapytałem.
- Za dużo, zaraz się porzygam. - Spojrzała na mnie z miną męczennika. Po chwili jej lody leżały na mojej twarzy a ona śmiała się w najlepsze.
- Nie ujdzie ci to na sucho, o nie! - Zacząłem ją gonić po całym polu gdzie odbywał się festiwal. W pewnym momęcie razem runęliśmy na ziemię i zrobiłem możliwie najgłupszą rzecz jaką mogłem w tej chwili zrobić - pocałowałem ją.
- Nienawidzę cię za to! - chodź odwzajemniła mój pocałunek zaczęła się na mnie wydzierać. Wstała z ziemi i poszła przed siebie.
- All, poczekaj przepraszam. - chwyciłem ją za nadgarstek.
- Zostaw mnie w spokoju. Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego?
- Nie wiem... - spojrzałem w ziemię, póściłem jej nadgarstek i poszłem w drugą stronę.
- Czekaj, coś ci spadło! - Alex krzyczała za mną, ale mimo tego się nie odwróciłem i szedłem dalej. Uświadomiłem sobie, że ta kobieta nie chce mnie w swoim życiu. Oddaliłem się od festiwalu na dość dużą odległość. Zrobiło się trochę chłodniej więc włożyłem na siebie koszulkę. Szukałem w kieszeni kartki z piosenką, ale jej nie znalazłem. Pewnie mi gdzieś wyleciała, jak pech to pełną parą. Tylko gdzie? Alex. Znowu ona. Ona ma to w rękach. Tak mi się wydaje, bo przecież krzyczała za mną, że coś mi wypadło. A z resztą może lepiej jak to przeczyta i zobaczy co czuję. Jedno z czego jestem dziś zadowolony to z tego pocałunku. Chodź żałuję, że to zrobiłem to w końcu spełnił się mój sen. Może po prostu trzeba troszkę powalczyć? Nie poddawać się? Może, ale jeszcze nie teraz nie dzisiaj. Wszystko było dobrze dopóki znów nie zachowałem się jak kretyn. Mogłem jej nie całować. Chodź jestem szczęśliwy, że mój sen, wizja czy co to tam było się spełnił to wiem, że teraz już tak łatwo się do niej nie zbliżę. I jeszcze powiedziała, że mnie nienawidzi pięknie! To życie jest do dupy.

Alex :

- Nienawidzę cię za to! - wykrzyczałam Jaredowi prosto w twarz. Po co mnie całował, po co? Przecież równie dobrze mógł tego nie robić a teraz? Teraz moje chore serce znowu coś poczuło do niego. Nie dość, że cały czas chodził przede mną z gołą klatą to jeszcze ten pocałunek. Alex do cholery ogarnij się! On wcale nie jest przystojny, wcale nie lubisz jego niebieskich oczu i tego pięknego uśmiechu... I tego pięknego ciała... O czym ja myślę, no kurwa ogarnij się dziewczyno! Moje myśli toczyły walkę ze mną. Wstałam z ławki i postanowiłam udać się do domu. Miałam bardzo dużo do przejścia, ale taki spacer dobrze mi zrobi. Po opuszczeniu terenu festiwalu szłam cały czas prosto tak jak do domu. Słychać było coraz słabszą muzykę dochodzącą z miejsca gdzie przed chwilą się znajdowałam. Po dwóch godzinach doszłam do domu. Byłam wykończona, nogi miałam jak z waty. Oczywiście nikogo w domu jeszcze nie było. Od razu weszłam pod prysznic. Czułam się cholernie spocona i brudna. Po zmyciu z siebie tego wszystkiego owinęłam się w ręcznik i poszłam do pokoju. Założyłam niebieskie majtki na siebie i czarną koszulkę z końmi. Otworzyłam okno w pokoju i usiadłam na łózku z laptopem. Poprzęglądąłam pare stron, poczytałam recenzje na temat dzisiejszego występu Jareda i reszty. Cholernie mi się nudziło. Wyłączyłam tego złoma i postawiłam na telewizje. Leciałam po programach jednak nic ciekawego nie leciało. Zostawiłam włączony telewizor na jakimś romansidle i od razu przypomniał mi się Jared. Do jasnej cholery niech on wyjdzie z mojej głowy.
- Alex! - usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Wyjrzałam przez okno i stała tam Anja.
- Już schodzę na dół. - uśmiechnęłam się do niej i wyszłam przed dom. Usiadłyśmy na ławce.
- Co się stało, że o tej porze przychodzisz? - spojrzałam na nią.
- Po pierwsze jutro będziesz pracować, bo muszę wyjechać. Po drugie zaraz ci powiem gdzie wyjechać.
- No dawaj.
- Pamiętasz Karla? - przytaknęłam - Zaprosił mnie jutro na randkę! - zaczęłam się mimowolnie śmiać.
- Dziewczyno masz dwadzieścia trzy lata a zachowujesz się jak pięciolatka. Facet cię zaprosił spoko trzeba wybrać jakieś ciuchy ładnie cię umalować i gotowa. - W głębi serca strasznie cieszyłam sie z jej szczęścia.
- Dobra to teraz ja ci coś opowiem. - Anja spojrzała na mnie z uśmiechem - wiesz kogo dzisiaj spotkałam na tym festiwalu?
- Johna?! - kiwnęłam przecząco głową z uśmiechem. - Czekaj, czekaj a ten ostatnio jak on miał... Jared?
- Tak dokładnie tak.
- No i co w związku z tym?
- Pocałował mnie. - spojrzałam na nią, na co ona spóściła szczękę w dół i zaczeła mnie przytulać.
- No to gratuluję kochanie.
- Ale to wcale nie jest dobrze. Bo ja chyba znów coś do niego czuję... - spóściłam głowę w dół.
- Śmiejesz się z jego dennych żartów?
- Nie wiem.
- Czyli jesteś zaślepiona nim. Kochasz go. - spojrzałam na Anje.
- Chyba żartujesz... Wcale go nie kocham. - Po czterogodzinnej rozmowie z moją przyjaciółką pożegnałyśmy się i w końcu poszłam do domu. W między czasie Louis i tata także wrócili. Nadal miałam w głowie słowa Anji. Przecież ja go nie kocham, on mnie denerwuje. Nie mogę go kochać. Może to jakieś zauroczenie, na pewno niedługo mi minie. Położyłam się do łózka i w końcu zasnęłam.


__________________________


Najprawdopodobniej jest to już ostatni rozdział w tym roku, dlatego chciałam wam wszystkim życzyć udanego sylwestra i szczęśliwego nowego roku. Niech się spełnią wszystkie wasze, nawet te najskrytsze marzenia. A teraz na temat tego rozdziału. Część Alex to kompletna porażka, ale tak to czasami bywa, że przez te gorsze rzeczy też trzeba przejść. Jeszcze raz szczęśliwego nowego roku! :)

sobota, 22 grudnia 2012

4. The real dream.

Jared :


Jasna tafla światła uderzyła moją twarz. Chciałem otworzyć oczy, ale nie mogłem. Co się do cholery dzieje? Słyszałem w okół siebie głosy Shannona i jeszcze kogoś, ale nie umiałem zidentyfikować kto to był. Tak potwornie boli mnie głowa. Dobra Jay weź się w garść i na trzy otwieramy oczy. Raz, dwa, trzy! Moje powieki lekko uniosły się w górę, dzięki czemu mogłem zobaczyć Shannona i obcego mi człowieka.
- No nareszcie stary ile można spać? - Shannon nachylił się na de mną i zaczął mi machać.
- Co się stało? Gdzie ja jestem ? - rozejrzałem się po pokoju, w którym aktualnie się znajdowałem. To na pewno nie był mój dom. Jest zbyt biało, sztywnie i ten specyficzny zapach... Szpital.
- Jesteś w szpitalu braciszku. Nie potrafisz chodzić to teraz cierp za swoje błędy. - Starszy brat uśmiechnął się do mnie i usiadł na krześle przy szpitalnym łóżku.
- Ale jak to się stało? Gdzie jest Alex? - Nie mogłem sobie nic przypomnieć. Ostatnie co pamiętam to mój pocałunek z All.
- Jaka Alex czy tobie już do końca na mózg padło? Byliśmy na próbie, pamiętasz? - przytaknąłem. - Wymyślaliśmy nazwę zespołu, po czym zacząłeś tak bardzo skakać z radości, że potknąłeś się o moje bębny i właśnie tak o to znalazłeś się tutaj. - Poczułem nieprzyjemnie ciepło na mojej głowie wiec momętalnie ją dotknąłem.
- Plaster, masz troszkę rozwaloną główkę. - Spojrzałem na niego przerażony. Nie, nie z powodu rozwalonej głowy tylko z powodu tego, że jeśli to wszystko przebiegało tak jak Shannon mówił nigdy nie pocałowałem Alex. Przecież to było takie prawdziwe. Dlaczego ja mam takiego pecha w życiu?
- Wytłumacz mi coś. - zwróciłem się do Shannona. - Od próby zespołu jestem cały czas tutaj, tak? Nigdzie więcej nie byłem i cały czas masz mnie na oku?
- Właśnie tak.
- Kurwa mać! - krzyknąłem znacznie głośniej niż chciałem. Do sali przybiegł lekarz, na jego plakietce wyczytałem nazwisko Hudson.
- Jak się pan czuje, panie Leto? - spojrzał na mnie i odłączył mnie od kroplówki.
- Nie potrafię określić tego jak się czuję. Mam mętlik w głowie. Po prostu strasznie mnie to boli, nieważnie. Kiedy będę mógł z tąd wyjść?
- Jeśli wszystko będzie dobrze, opuścisz szpital po południu. - Uśmiechnął sie i wyszedł z sali. Poczułem, że muszę iść skorzystać z toalety. Usiadłem na łózku, ale znacznie gorzej było z wstaniem.
- Shannon mógłbyś ruszyć ten twój tłusty zadek i mi pomóc?
- Sam masz grubą dupę do jasnej cholery! - krzyknął do mnie z pełną buzią czekolady. - I tak już ci pomagam. - Po załatwieniu swojej potrzeby w toalecie postanowiłem przejść się po korytarzu. Nie lubię marnować czasu na leżenie w łózku czy spaniu. Życie jest zbyt krótkie żeby przejmować się faktem czy jest się wyspanym czy nie. Przechadzałem się korytarzami przed dobre pół godziny. Moje myśli krążyły cały czas w okół jednej osoby. Alex. Co jest w niej takiego, że tak bardzo mnie do niej ciągnie? Jest bardzo atrakcyjna to raz. Ale co dalej? No dobra ma fajny charakter, bardzo podoba mi się jej podejście do życia. Jest, po prostu.. no nie wiem, nie wiem jak mam ją określić. Nie jest ideałem bo do ideału każdemu z nas brakuje bardzo dużo. Ale jest kimś wyjątkowym. Tak to odpowiednie słowo.
- Jared? - usłyszałem za sobą głos należący do mojej matki.
- Cześć mamo. - przytuliłem swoją rodzicielke do siebie.
- Jak się czujesz ? Nic ci nie jest wszystko dobrze?
- Tak mamo, spokojnie. Nic mi nie jest nie raz zrobiłem sobie krzywdę więc i z tego wybrnę. - uśmiechnąłem sie szeroko.
- Mam nadzieję bo mam dla ciebie małą propozycję, ale to zaraz. Chodźmy do sali. - Wziąłem ją pod rękę i udaliśmy się w stronę sali, na której powinnienem przebywać. Obserwowałem ludzi, którzy tak jak ja postanowili pójść na spacer po szpitalnym korytarzu. Na ich twarzach jest tyle smutku, bezradności i żalu. Gdybym tylko umiał strasznie chciałbym im pomóc. W oczy rzuciła mi się postać, bardzo podobna do Alex. Ale co ona by tutaj robiła? Chyba, na prawdę zaczynam wariować.


Alex :


Obudziłam się o godzinie dziesiątej. Od razu postanowiłam pójść pod prysznic. Po wykonaniu wszystkich czynności związanych z chigieną usłyszałam, że telefon dzwoni.
- Nawet rano nie dadzą człowiekowi spokoju. Halo? - odebrałam i w słuchawce odezwał sie głos ojca.
- Słuchaj, babcia jest w szpitalu... - Zrobiło mi się słabo na samą myśl.
- Boże co jej się stało? W jakim szpitalu, gdzie? Ja muszę do niej pojechać! - zaczełam krzyczeć jak opętana do słuchawki. Babcia to dla mnie najważniejszy człowiek na świecie nie wybaczyłabym sobie gdyby coś jej sie stało a ja nie zrobiłam bym wszystkiego żeby jej pomóc.
- Ma problemy z sercem, ale nie martw się to nic poważnego. Louis zaraz podjedzie pod dom i razem do niej pojedziecie. Masz jakieś pięć minut więc się zbieraj. Zobaczymy się wieczorem. Pa.
- Pa. - odłożyłam telefon i w biegu pobiegłam na górę. Założyłam na siebie byle jakie ciuchy, związałam włosy w koka, włożyłam buty na nogi, płaszcz i wybiegłam z domu. Pod domem tak jak mówił tata stał samochód Louisa. Wbiegłam do niego i momętalnie ruszyliśmy w stronę szpitala.
- Kiedy trafiła do szpitala? - Brat nie odpowiedział mi na moje pytanie. - Louis?
- Sorry, zamyśliłem się. W nocy zabrało ją pogotowie. Ma problemy z sercem, ale na prawdę nie masz się czym martwić. - Na jego twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Czyli jest coś czego nie chcą mi powiedzieć za dobrze ich znam. Po dotarciu do szpitala obydwoje wybiegliśmy z samochodu i udaliśmy się do dyżurki.
- Przepraszam, moja znaczy nasza babcia trafiła tu dzisiaj w nocy mogłaby nam pani powiedzieć w jakiej sali się znajduje?
- Nazwisko?
- Wesley. Julia Wesley.
- Sala numer 314.
- Dziękuje. - Uśmiechnęłam się do pani w dyżurce i pobiegłam w stronę sali. Poszukiwania zajeły nam około pięciu minut. Wpadłam do sali, na której leżała babcia i od raazu do niej podbiegłam. Pojedyńcze łzy zaczęły spływać po moim policzku.
- Alex, Louis. Cieszę się, że was widzę. - Babcia wysiliła się na uśmiech i zcisnęła moją dłoń.
- Jak się czujesz? - zapytałam.
- Dobrze, kochanie nie masz czymś się martwić. To tylko mały problem. Poobserwują mnie, nafaszerują lekami i wszystko będzie dobrze. - Przytuliłam ją mocno do siebie.
- Louis słońce mogłbyś mi przynieśc szklankę wody?
- Jasne babciu. - Mój starszy brat podał babci szklankę z wodą.
- Ale babciu jak to sie stało jak? Jak to się stało, że tutaj jesteś? - łzy nadal leciały mi z oczu, nie umiałam tego kontrolować. Jeszcze nie wiem co jej jest, ale na prawdę tak bardzo ją kocham nie chce żeby stało jej sie cokolwiek złego. To ona zawsze chroniła nas od zła, więc teraz czas się zrewanżować.
- Bardzo bolało mnie serce wczoraj. Wiecie, że od dawna choruję na nie więc czasami mój stan może się pogorszyć. Ale spokojnie już jest wszystko dobrze, nic mnie nie boli. Na prawdę proszę was nie przejmujcie się mną. - Babcia po raz kolejny uśmiechnęła się do nas. Znów przytuliłam ją mocno do siebie. Siedziałam z nią do rana następnego dnia, aż przyszedł Louis i zabrał mnie do domu. Pomimo silnego zmęczenie nie mogłam zasnąć. Nie dawała mi spokoju ta sprawa z babcią. Widzę, że coś przede mną ukrywają. No i jeszcze Jared. Na jaką cholerę zadałam mu to pytanie? Zresztą to teraz najmniejszy problem. Po półgodzinnych przemyśleniach w końcu udało mi się zasnąć. Obudziłam się o godzinie siedemnastej, zjadłam na szybko bułkę, wykąpałam się, przebrałam i poszłam na autobus aby pojechać do babci. Jak zwykle w takie dni padał deszcz, a ja nie miałam parasola. Cóż z cukru nie jestem nie roztopię się. Wsiadłam do autobusu cała przemoczona, ale szczerze mówiąc to miałam to gdzieś. Po dodarciu na miejsce udałam sie do sali, na której znajdowała się matka mojego ojca. Wyglądała znacznie lepiej niż wczoraj. Przytuliłam ją mocno do siebie i ucałowałam.
- Przejdziemy się? - zaproponowała babcia, więc pomogłam jej wstać, wzięłam ją pod rękę i poszliśmy wzdłóz korytarza.
- Jak się czujesz? - uśmiechnęłam się do niej co było ewidentnie  sztuczne, ale nie mogę dać po sobie poznać tego, że się martwię. Wiem, że jeśli by to wyczuła nie powiedziła by mi już nic na temat swojego stanu zdrowia bylebym tylko się nie zadręczała.
- Dużo lepiej niż wczoraj, dziecko, dużo lepiej. - ścisnęłam jej dłoń. Przechadzałyśmy się po korytarzu rozmawiając o moich planach na przyszłość. Szczerze mówiąc to kompletnie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zdałam liceum na bardzo dobrych wynikach, mam maturę i co dalej? Chciałam studiować fotografię, ponieważ bardzo mnie to interesuje, ale jakoś nie mam narazie zapału do tego. Teraz najważniejsze jest to żeby wszystko powróciło do normalności. Obserwowałam ludzi i w pewnym momęcie zobaczyłam Jareda w objęciach jakiejś starszej kobiety. No pięknie jeszcze jego mi tu brakowało. Stanęłam na chwilkę na przeciwko babci.
- Babciu.. proszę cię jeśli coś się dzieje to powiedz mi. Widzę, że coś przede mną ukrywacie. Proszę cię powiedz mi o co chodzi. - Musiałam zadać babci te pytania, ponieważ dzięki temu stałam tyłem do niego więc była tylko jedna druga szans, że mnie rozpozna. Naszczęście nie rozpoznał. Tylko co on tutaj robi? Do cholery, Alex ogarnij się i daj sobie z nim spokój. Potrząsnełam głową i spojrzałam na babcie.
- Słuchasz ty mnie wogóle? Tak jak ci mówiłam nic przed tobą nie ukrywam, wiesz, że byłabyś pierwszą osobą, której powiedziałabym gdyby mi coś było. Na prawdę wszystko jest dobrze nie masz czymś się martwić kochanie. - Po raz kolejny przytuliłyśmy się mocno do siebie i powróciłyśmy na salę. Babcia poszła z lekarzem na badania a ja zostałam sama czekając za nią. Usiadłam na parapecie wpatrując się w widok za oknami szpitala. Nawet ładnie tutaj mają. Jednak cały czas myślałam o co w tym wszystkim chodzi. Nie kocham go, nie to na pewno nie jest to. Po prostu czuję, że coś mnie przyciąga do tego człowieka. Mam nadzieję, że z czasem mi to minie. Zobaczyłam babcie w drzwiach więc szeroko się uśmiechnęłam, jednak mój uśmiech szybko zniknął z twarzy kiedy zobaczyłam ją całą bladą. W pare sekund leżała już na ziemi nie przytomna.
- Babciu! - podbiegłam do niej i zaczełam wołać o pomoc na cały szpital.

_________________________

Tak, tak, wiem bardzo krótki rozdział. Wiem też, że strasznie zaniedbałam tego bloga, ale to wszystko się zmieni. Mam nadzieję, że się będzie się podobać. Rozdziały będą się teraz pojawiać co tydzień. Pozdrawiam. :)