poniedziałek, 4 marca 2013

8. Każdy czyn ma swoje konsekwencje.

Louis:


Rozsiadłem się wygodnie, na obitej delikatną skórą kanapie, tuż obok swojej narzeczonej. Złapałem ją za dłoń, lecz ku mojemu zdziwieniu, szybko ją zabrała.
- Louis musimy porozmawiać – powiedziała stanowczym tonem. - Louis, ja eh.. ja jestem w ciąży – w jej oczach nie było widać żadnych uczuć, żadnej radości. Ja natomiast odetchnąłem z ulgą i mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Boże Amy! To cudownie! – przytuliłem ją do siebie mocno.
- To jeszcze nie wszystko… - spojrzała na mnie. Włożyła do mojej dłoni coś okrągłego. Moim oczom ukazał się pierścionek – to nie jest twoje dziecko Louis, przepraszam z nami koniec – powiedziała chłodno, wstała i wyszła. Nie mogłem pozbierać myśli, czułem, że zaraz coś we mnie pęknie, chce za nią biec, krzyknąć coś, ale nie mogę się ruszyć, mój oddech stał się coraz szybszy, próbowałem się podnieść, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłem.  Nagle do moich oczu doszło jaskrawe światło, podniosłem się i spojrzałem przed siebie.To był tylko sen. Zerknąłem na zegarek, dochodzi dziewiąta. Wyciągnąłem ręce do góry w celu rozprostowania kończyn, opuściłem nogi na chłodną podłogę i powolnym krokiem ruszyłem w stronę łazienki. Przez chwilę myślami wróciłem do snu, wzdrygnąłem się na samo wspomnienie. Nie przeżyłbym gdyby ona mnie zostawiła. Jest kobietą, której oddałem całe swoje serce. Nie umiałbym, po prostu nie umiałbym bez niej żyć. Zrobię Amy niespodziankę i wpadnę do niej dzisiaj bez żadnej zapowiedzi. Na pewno się ucieszy. Uśmiechnąłem się do lustra na myśl, że znów ja zobaczę. Wziąłem szybki prysznic, wyszczotkowałem zęby i udałem się do swojego pokoju. Włożyłem na siebie jakieś luźniejsze spodnie i czarną koszulkę. Spojrzałem jeszcze raz na pokój, nie jest tak źle potem to ogarnę. Wziąłem kluczyki do ręki i udałem się do samochodu. Ruszyłem w stronę domu Amy. Wiem, wiem, że zachwycam się nią jak jakiś nienormalny, ale ona jest, po prostu cudowna. Podjechałem pod kwiaciarnię i kupiłem dziesięć czerwonych róz dla niej. Wsiadłem z powrotem do samochodu i dalszą drogę pokonałem bez żadnych przeszkód. Zaparkowałem przed domem Amy, stał tu już jakiś samochód, może ktoś ją odwiedził. Wziąłem klucze do ręki i otworzyłem drzwi. Dała mi klucze do swojego domu już dość dawno, więc skorzystałem z tego, żeby zrobić jej jak największą niespodziankę.
- Amy? - krzyknąłem, ale nikt mi nie odpowiedział. - kochanie? - poszedłem do sypialni, może jeszcze śpi. Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazała się Amy z jakimś facetem. Nie mogę uwierzyć w to co zobaczyłem. Moja własna narzeczona właśnie mnie zdradza. Nawet nie widzi, że tutaj jestem. Zbiegłem na dół, położyłem kwiaty na stole i wybiegłem na dwór. Usiadłem w samochodzie i popłakałem się jak dziecko. Prawdziwi faceci nie płaczą? Płaczą, zwłaszcza jak widzą ukochaną osobę, która cię zdradza. Ten widok złamał mi serce. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że ona mnie nawet nie widziała. Będzie udawać, że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku. Przecież... do cholery przecież obiecała mi być zawsze wierna, obiecała, że będziemy ze sobą do końca życia. Zacisnąłem ręcę na kierownicy, łzy spływały po moich policzkach cały czas. Louis, cholera ogarnij się.. Wdech i wydech! Nie umiem, nie mogę, nie potrafię. Tego zawsze się najbardziej obawiałem, tego się najbardziej bałem. Zdrady. Ruszyłem samochodem przed siebie. Nienawidzę jej za to, jednocześnie cholernie ją kocham. Mam w planach jechać teraz do jakiegoś klubu, uchlać się jak świnia i zapomnieć chociaż na chwilę o wszystkim. Mogłem zareagować od razu, dać mu w mordę, ale ja tak nie potrafię. Jeśli nie byłem wystarczająco dobry dla niej, przecież mogła mi to powiedzieć. Spojrzałem na telefon, jest jedenasta. Do wieczoru jeszcze dużo czasu, może uchleję się na śmierć. Cały czas płakałem, nie umiem pozbierać myśli. W jednej chwili zawalił mi się cały świat, całe plany na przyszłość, wszystko.
- Kurwa mać! - krzyknąłem zdenerwowany i zacząłem jechać najszybciej jak tylko potrafiłem. Kolejny błąd, kolejne konsekwencje. - Au...



- Czy pan mnie słyszy? Halo, czy pan mnie słyszy?! - słyszałem, doskonale słyszałem, ale nie mogłem nic z siebie wydusić. Co się do cholery stało? Moja głowa, au.. - Nadal się nie budzi, przenieście go na intensywną terapię. Ustalono jak się nazywa?
- Louis Wesley. Znaleźliśmy dokumenty przy nim.
- Jak kierowca ciężarówki?
- Walczy o życie na stole operacyjnym. - co ja najlepszego zrobiłem? Chcę krzyczeć, powiedzieć cokolwiek, nie potrafię. Nie umiem. Staram się otworzyć oczy, ale powieki są bardzo ciężkie. Staram się ruszyć chociaż palcem nie umiem. Nie czuję nic oprócz cholernego bólu głowy. Ciemność. Nastała cholerna ciemność, nic nie słyszę. Nie żyję? To czemu nadal myślę? Co się ze mną stało? Chcę się obudzić, do cholery pozwólcie mi się obudzić. Nie wiem co najlepszego zrobiłem, gdzie jestem, co się dzieje. Nic nie widzę, nie mogę się ruszyć jednak nadal myślę.
- Panie Wesley czy pan mnie słyszy?! - obcy mi człowiek zaczął potrząsać moimi ramionami. Nadal cię słyszę, ale nadal nie potrafię wycisnąć z siebie żadnego dźwięku. Czy ja zawsze muszę spierdolić sobie życie? Czego bym nie spróbował zrobić nigdy mi nic nie wychodzi. Nigdy. Po prostu nigdy. Już teraz zdaję sobię sprawę, że będę miał okropne kłopoty. Nie potrafię myśleć racjonalnie, ten świat mnie zabija. A może już zabił? Może ja, na prawdę umarłem, po prostu moja dusza nadal żyje? Wszystko okaże się w swoim czasie. Na ten moment wolałbym chyba umrzeć. Nie mam już nic. Narzeczona mnie zdradza, jakiś człowiek walczy o życie przeze mnie. Same życiowe porażki. Dlaczego ludzie, którzy starają się być dobrzy dla świata, mili dla ludzi zawsze cierpią najwięcej? Czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś złego w życiu? Może nie w tym, ale w poprzednim i mam tego teraz konsekwencje. Jestem odpowiedzialny za to co zrobiłem i nikt inny nie przejmie za mnie tej odpowiedzialności. Czy to wszystko ma w ogóle jaki kolwiek sens? Same pytania, żadnej odpowiedzi. Dlaczego nie mogę się obudzić? Dlaczego nic nie widzę? Słyszę co się dzieje w okół mnie, ale nie potrafię się nawet ruszyć. A co jeśli zostałem sparaliżowany i już do końca życia nie będę mógł się ruszyć? Co wtedy? Wtedy znów będę żałował każdej mojej decyzji. Po co do niej jechałem? Mogłem dać jej spokój, przecież jeśli chciałaby się zobaczyć to by zadzwoniła, napisała. A ja jej się wprosiłem. Gdybym tam nie jechał wszystko byłoby inaczej. Nikt by nie ucierpiał przeze mnie, nie leżał bym w szpitalu. Życie daje nam dużo przeszkód, które sami musimy pokonać, ale dlaczego nie da żadnej podpowiedzi? Koła ratunkowego? Co ja mam teraz zrobić. Próbuję otworzyć oczy, nie mogę. Próbuję się ruszyć, nie potrafię. Nic nie potrafię, jestem jedną wielką życiową porażką. Kiedy widzę, że już powoli zaczyna się coś układać zawsze musi być jakaś przeszkoda i wszystko się psuje. Trzeba zaczynać od nowa, z doświadczeniem, ale brakiem siły. Jednak trzeba. Na tym świecie musisz być kimś, żeby nie traktowali cię jak śmiecia. Po co ja w ogóle o tym myślę w tej chwili? Co się ze mną dzieje? Boże, pomóż mi. Płaczę? Mam mokre policzki, to znaczy, że płaczę? Najprawdopodniej tak chyba, że ktoś mnie czymś opryskał. Nadal nie mogę się obudzić ani ruszyć. Niech mi ktoś pomoże, błagam. Błagam o tą ostatnią szanse, Boże, ostatnia szansa na przetrwanie. Ja już nie zrobie, żadnej głupoty, po prostu daj mi się obudzić. Ja mam siostrę, ja muszę się nią opiekować, ja jestem za nią odpowiedzialny, Boże błagam cię..


Alex :


- Halo? - odebrałam telefon nie sprawdzając wcześniej kto dzwoni.
- Cześć All.
- A to ty, czego chcesz? - na sam dźwięk głosu Jareda już mnie mdliło.
- Możemy się spotkać?
- Nie. - rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Wiem, że teraz będzie dzwonił do upartego dlatego chcę mieć spokój. Wybaczyłam mu owszem, ale to były tylko puste słowa. Ten człowiek musi zrozumieć co zrobił. Niech sobie nie myśli, że jest królem świata i wszystko mu wolno. Jest zwykłym śmieciem, nic nie wartym śmieciem. Niech teraz to on się tak poczuje. Każda cząstka mnie, po prostu go nienawidzi. Nikt nie wie, nikt nie widzi co się między nami stało. Było w ogóle jakieś " nami " ? Jest on i ja. Dwa różne światy. On, pełny pasji, miłości do muzyki, marzeń, szczęścia, miłości, ale za to jest kompletnym idiotą. Ja? Leniwa, pełna pasji, ale zbyt leniwa, miłości? Może i tak, ale na pewno nie do niego. Szczęścia? To już by było śmieszne gdybym powiedziała, że jestem szczęśliwa. Spojrzałam na zegarek jest godzina dwunasta w południe. Wstałam z krzesła w kuchni i wyrzuciłam opakowanie po jogurcie do śmieci. Poszłam do salonu i usiadłam przed telewizorem. I tak wygląda moje życie. Wstane, zjem coś, idę przed telewizor, potem pogrzebie coś w necie, robi się późna godzina, ewentualnie gdzieś z kimś wyjdę, przyjdę, zjem coś, pooglądam telewizje, pójdę się umyć i spać. Muszę zmienić swoje życie bo zostanę starą panną z kotami. Zacznijmy już teraz! Wstałam z kanapy, ale jednak znów na nią opadłam. Nie chce mi się. No i o tym przed chwilą myślałam, mi się nigdy nic nie chcę. Pojechałabym do kogoś, pogadała. Przecież Jared był chętny na spotkanie dlaczego się z nim nie spotkałam? Może jednak co mi szkodzi. Jestem ciekawa co ma mi do powiedzenia. Wróciłam do kuchni po telefon i go włączyłam. Dwadzieścia siedem nieodebranych połączeń i trzy nowe wiadomości. A nie mówiłam? O znów dzwoni.
- Halo?
- No przecież przeprosiłem zlituj się..
- Okej. Bądź za pół godziny.
- Serio? - słychać było, że się zmieszał.
- A brzmię jakbym żartowała? To twoja ostatnia szansa jeśli cię nie będzie w ciągu pół godziny możesz zapomnieć o czym kolwiek związanego z moją osobą.
- Co masz na myśli?
- Jestem zboczeńcem. Czekam, pa. - cicho się zaśmiałam pod nosem. Zawsze kiedy powiem słowa " związane z moją osobą " on, po prostu musi pomyśleć o seksie. Niewyrzyty chłopczyk.  Dobra ogarnę się troszkę. Poszłam do łazienki, uczesałam włosy i zrobiłam sobie luźnego koka. Następnie udałam się do pokoju i założyłam legginsy oraz luźniejszą bluzkę. Nie będę się stroić skoro siedzę w domu. Spojrzałam na zegarek, ma jeszcze piętnaście minut. Ciekawe czy tym razem znowu się spóźni. Spojrzałam na biurko gdzie leżało moje zdjęcie z mamą. Coś we mnie pękło i po prostu zaczęłam płakać. Dlaczego akurat teraz? Przecież tyle razy widziałam to zdjęcie, tyle razy na nie patrzyłam to dlaczego akurat w tej chwili się rozpłakałam? Mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego. Z jednej strony cholernie ją kocham, jest moją matką i nie pozwolę aby ktokolwiek powiedział na nią złe słowo, ale z drugiej strony zrobiła mi tak ogromną krzywdę, że nie umiem się pozbierać. I co dziwniejsze z wiekiem boli mnie to coraz bardziej. Ludzie mówią, że z upływem czasu wydarzenia z przeszłości bolą nas coraz mniej, natomiast ze mną jest odwrotnie. Kiedyś tak dużo o tym nie myślałam dzisiaj prawie codziennie.  Dlaczego tak? Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nic wartego chwili namysłu nie osiągnęłam w życiu, może przez własne lenistwo, może dlatego, że ja po prostu nie mam żadnego talentu. Jestem nieudacznikiem i tego jestem w stu procentach pewna. Usłyszałam dzwonek do drzwi i odruchowo spojrzałam na zegarek. Zdążył. Otarłam policzki od łez i poszłam do drzwi. Otworzyłam je i przede mną stanął Jared. Miałam ochotę się do niego przytulić, po prostu miałam ochotę się do kogokolwiek przytulić.
- Płakałaś...? - Jay spojrzał na mnie dość troskliwą miną.
- Tak troszeczkę, ale nie ważne, nie przejmuj się - jeszcze raz otarłam policzki i wpuściłam go do środka. Usiedliśmy na kanapie.
- Wiesz jeśli chcesz możesz mi się wygadać... Ja postaram ci się pomóc - spojrzałam mu prostu w oczy.
- Pomóc? Wysłuchasz mnie i co? Znów będziesz po mnie jeździł? Rozpowiadał wszystkim jaka to ja okropna jestem? Znów? - rozpłakałm się poraz kolejny.
- Alex..
- Wiem jaki jesteś! Nie wiem co musiałbyś zrobić, żebym zaczęła patrzeć na ciebie inaczej. Wiesz dlaczego po ciebie zadzwoniłam? Bo nie mam z kim posiedzieć, bo wszyscy mnie mają w dupie. Mam już dość cholernej samotności! A teraz leć rozpowiedzieć wszystkim, że nie mam przyjaciół, że jestem pierdolonym życiowym nieudacznikiem! - płakałam, cholernie płakałam. W pewnym momęcie poczułam silne ramiona w okół mojego ciała. Wtuliłam się w niego i zaczęłam płakać jeszcze bardziej. - Dlaczego to zawsze ja mam pecha? Dlaczego nikt nie traktuje mnie na serio? - jego ręce oplotły moje ciało jeszcze mocniej.
- Cichutko uspokój się.. - Jared zaczął cicho szeptać mi do ucha co odrobinę mnie uspokoiło. Nadal leciały mi łzy z oczu, ale nie krzyczałam już, byłam spokojniejsza.
- Dlaczego? Dlaczego ja? - zaczęłam się delikatnie trząść.
- Bo życie jest do dupy kochanie. Uspokój się proszę... Nie mogę patrzeć na to jak cierpisz...
- Mogłeś na to patrzeć, jakoś ci nie przeszkadzało jak obrabiałeś mi dupe.
- Pobiegłem za tobą, ale już cię nie było... Doskonale wiesz o tym, że to nie była prawda... Doskonale wiesz o tym, że zależy mi na twojej osobie - spojrzałam mu w oczy.
- Gdyby ci zależało nigdy byś mnie tak nie potraktował.
- Człowiek uczy się na błędach, proszę daj mi jeszcze jedną szansę.
- Każdy błąd musi mieć swoje powikłania. Tak jak ci powiedziałam, nie jesteś mi obojętny chociaż jeszcze godzinę temu myślałam co innego. Nie jesteś mi obojętny, ale narazie nie będzie między nami nic więcej jak przyjaźń. - Jared chwycił moją dłoń i splótł ze swoimi palcami.
- Nie powiedziałaś mi tak.
- To teraz mówię. - spojrzałam na nasze dłonie.
- Cii, posłuchaj. Każda chwila spędzona z tobą jest jak magia niezależnie od tego czy będziesz mnie kochać czy nienawidzieć ja zawsze będę przy tobie rozumiesz? Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Ko.. to znaczy.. Bardzo cię lubię. - mimowolnie się uśmiechnęłam i znów się przytuliliśmy. Miałam dać mu nauczkę jednak mam za miękkie serce na to. Jared jest dziwnym, tajemniczym człowiekiem, ale ja chce to dziwadło odkryć, zobaczyć co w nim siedzi. Za szybko mu wybaczyłam, za szybko dałam mu kolejną szansę, ale taka już jestem. Mogę kogoś cholernie nienawidzieć, ale nie powiem mu tego prosto w twarz. Napiszę, powiem przez telefon owszem. Ale nigdy nie w cztery oczy. Nie oszykujmy się jestem cholernym tchórzem i to wiemy już nie od dziś. Dlaczego akurat on? Nie wiem, jest pojebany, ale ma coś w sobie co ciągnie mnie do niego. Coś dzięki czemu chcę go lepiej poznać, po za tym jest niemiłosiernie przystojny.
- Lepiej? - po raz kolejny spojrzałam mu w oczy.
- Tak. Ale nie myśl sobie, że teraz będziesz mógł mną pomiatać czy coś. Ja nadal jestem cholernie zła na ciebie, po prostu staram ci się tego nie pokazywać.
- Przecież zawsze mnie możesz uderzyć czy coś, wyładować emocje.
- Nie, nie. Już raz dostałeś w tą swoją śliczną buźkę ode mnie tyle ci starczy, ale jeśli sobie nabroisz to nie obiecuję, że i kolejny raz nie oberwiesz.
- Mam śliczną buźkę? - Jared wyszczerzył się do mnie. No i po co ja to mówiłam? Teraz będzie umierał na samozachwyt.
- Nie. Po prostu chciałam być miła.
- No, ale...
- Nie. Powiedziałam nie to znaczy, że nie a teraz już mnie puść. - mój wzrok skierował się w stronę naszych dłoni.
- Nie.
- Grabisz sobie Leto, grabisz. - Jared cicho się zaśmiał, przełożył mnie przez ramie i zaczął biegać po domu.
- Do jasnej cholery puść mnie jak spadnę to będzie twoja wina! No puszczaj! - zaczęłam wierzgać nogami i walić rękoma w jego plecy. Zero rezultatów. On tylko się śmiał co powoli zaczęło i mnie zarażać i się uśmiechałam. Uśmiechałam się przy nim chociaż pare minut temu bardzo płakałam. Jeden człowiek, jeden uśmiech a może zdziałać tak dużo. Brunet postawił mnie na podłodze przed sobą i spojrzał w oczy. To było coś niesamowitego, coś nie tak stało się z moim sercem. Nie patrz mu w oczy, nigdy nie patrz mu w oczy, nigdy. Odwróciłam wzrok od niego i udałam się do kuchni.
- Chcesz coś pić?
- Chciałem cię pocałować i mi uciekłaś. - Jared wymamrotał pod nosem.
- Słucham?
- Nie nic, nic. Jak masz wodę to poproszę.
- Nie, nie mam komornik mi zabrał. - zaśmiałam się cicho i nalałam mu wody do szklanki. Stop! Czy on chciał mnie pocałować czy ja się tylko przesłyszałam? Chyba przesłyszałam.
- Dobra mała co robimy? - spojrzałam na niego.
- Nie wiem duży a co chcesz robić? - obydwoje się zaśmialiśmy. Usiadłam na przeciwko niego przy stole w kuchni.
- Możemy coś pooglądać, albo nie bo takie rzeczy źle się kończą. Może pójdziemy na spacer?
- Okej. Poczekaj tu. - Poszłam na górę w celu przebrania się jednak skończyło się na tym, że zostałam w tych rzeczach, które miałam na sobie. Założyłam na siebie tylko trampki i czarną bluzę. Zeszłam z powrotem na dół. - Idziemy?
- Jasne. - uśmiechnęłam się do niego, wzięłam telefon i klucze w rękę, wyszliśmy z domu.
- A gdzie pójdziemy?
- Niespodzianka - brunet poraz kolejny się do mnie uśmiechnął i poszedł przed siebie. Szłam za nim nie mówiąc ani słowa, po prostu szłam. Dlaczego ja w ogóle z nim idę jedną drogą? Dlaczego ja go jeszcze nie zabiłam? Albo jestem taką idiotką, że po prostu mam napierdolone w głowie, albo na prawdę muszę coś do niego.. Czuć? Nie. To pewny rozdaj przywiazania, po prostu lubię z nim spędzać czas. Nie wiem co jest tego powodem.
- Jared?
- Słucham ? - Jay przystanął na chwilę i poczekał, aż dołącze do niego.
- A co tam u Shannona?
- Pytasz się o mojego brata?
- No a o kogo?
- Przecież widziałaś go tylko raz w życiu. - spojrzałam na niego.
- Nie prawda. Uprawialiśmy dziki seks na plaży i najprawdopodobniej jestem z nim w ciąży.
- Wariatka. - Jared zaczął się śmiać. - Ty i mój brat? Przecież on jest, on jest.. Inny!
- Ładniejszy od ciebie. - zaczęłam iść szybszym krokiem.
- Że co? Ode mnie?
- No tak tylko żartowałam. - zaśmiałam się cicho. Weszliśmy do lasu, przez który idzie się na taką polankę. Jest tam niesamowicie pięknie. Często przychodziłam tam z mamą kiedy byłam mała. To miejsce ma dla mnie ogromny sentyment. Nie za bardzo pamiętam swoją rodzicielkę, ale czasami pokazują mi się przed oczami różne sceny związane z jej osobą. Była dobrą matką, przynajmniej z tego co pamiętam. Popełniłam błąd, który zabolał nas wszystkich. Jej dusza nie istnieje, bo nie ma czegoś takiego jak Bóg. A może przeszła na kogoś innego? Może urodziła się na nowo? W to mogłabym uwierzyć, ale jeżeli ktoś na siłę próbuje mi wmówić wierzenie w Boga kurwica mnie bierze. To moje życie, moje myśli, moja głowa, moja sprawa czy będę w niego wierzyć czy nie. Na chwilę obecną nie wierzę, zdarzyło się za dużo krzywd żeby uwierzyć w coś co podobno jest dobre. Gdyby było dobre nie dopuściło by to takiego zła na świecie.
- Jesteśmy. - usiadłam na trawie a tuż obok mnie Jared. Założyłam kaptur od bluzy na głowę by móc położyć się na trawie bez pobrudzenia sobie włosów. - O czym myślisz w tym miejscu? - odwróciłam głowę w stronę Jaya.
- O pięknych rzeczach. O tych dobrych wspomnieniach. Tych, które chcemy wspominać. O żadnych krzywdach. A ty?
- O mamie. - uśmiechnęłam się do niego i przymknęłam oczy. Przed oczami znów pojawił mi się obrazek gdzie znajdowały się dwie osoby. Ja i mama.
- Musiałaś ją bardzo kochać.
- Nadal ją kocham, ale mam do niej ogromny żal za to co zrobiła. - objął mnie ramieniem, leżeliśmy w dwójkę na trawie, słońce powoli zachodziło.
- Rozumiem cię. Znaczy nas tata zostawił jak byłem mały i nie za bardzo go pamiętam, ale wiem jak to jest się wychowywać bez jednego z rodziców. Wiem, że dla dziewczyny zawsze ciężej wychowywać się bez matki, ale tak chciał los. Ciesz się, że masz w okół siebie ludzi, którzy cię, na prawdę kochają.
- Na przykład kto?
- Louis, twój tata, twoja babcia.
- Raczej wątpie w to, że Louis mnie kocha. Jestem dla niego jak wrzód na tyłku, przecież jestem jego młodszą siostrą. Odkąd się urodziłam już obmyślał plany jak mnie zamordować.
- Nie prawda. On cały czas mówi o tobie, chwali cię. Jesteś jego oczkiem w głowie.
- Przeciez jestem tylko jego siostrą, ani nie dzieckiem, ani nie dziewczyną tylko siostrą. Jak mogę być jego oczkiem w głowie?
- Jesteś, aż jego siostrą. On cię bardzo kocha uwierz w to. - wtuliłam się w jego tors. Już nic nie mówiłam, po prostu leżeliśmy tak we dwójkę. Ja i on. Alex i Jared. To, na prawdę cholernie dziwna sytuacja. Dlaczego jestem kobietą? Dlaczego nie mogłam urodzić się mężczyzną, podłym mężczyzną? Dlaczego to ja nie mam mocy łamania damskich serc? Jeszcze pare godzin temu cholernie go nienawidziłam, wystarczyło pare spojrzeń, przytuleń, słów i wszystko poszło w zapomnienie. Nie powinnam tak robić, ale czuję się przy nim bezpieczna. Teraz kiedy leżymy tak we dwójkę, kiedy wtulam się w niego, kiedy on obejmuje mnie swoimi ramionami czuję, że już nic więcej mi nie trzeba. Tak jakby czas się zatrzymał i nie liczyło się nic oprócz naszej dwójki. Nie kocham go i wątpie w to, żebym kiedykolwiek go pokochała. Jest jak przyjaciel, którego nigdy nie miałam, którego zdobyłam w niespełna dwie godziny. Dziwne? Dziwniejsze niż cały świat. Ale na tym polega nasze życie, żeby nas zaskakiwało. To miłe zaskoczenie, to miło czuć, że ma się kogoś przy sobie. Jestem szczęśliwa, w tej chwili jestem szczęśliwa. Nie obchodzi mnie co będzie jutro jak dalej potoczy się moje życie. Liczy się tu i teraz.
- Dlaczego mnie przytulasz? - Jared przejechał dłonią po moich włosach.
- Bo to tutaj pomiędzy twoim prawym a lewym ramieniem czuję się bezpiecznie. Po raz pierwszy w życiu czuję się bezpiecznie. - spojrzałam na niego i obydwoje uśmiechnęliśmy się do siebie. - Mam nadzieję, że będziemy dobrymi przyjaciółmi.
- Tak, przyjaciółmi... - uśmiechnęłam się do niego i poraz kolejny mocno wtuliłam. Niesamowity dzień, pewna zmiana w moim życiu, która bardzo mi się podoba. Może to już jest ten czas kiedy wszystko pójdzie z górki? Miejmy nadzieję, że teraz już wszystko się ułoży.

sobota, 26 stycznia 2013

7. If we could only turn back time.

Alex :


Siedziałam w domu z babcią. Oglądałyśmy jakiś serial, to znaczy ona oglądała jak tylko dotrzymywałam jej towarzystwa.
- Alex, kochanie mogłabyś mi zrobić herbatę? - spojrzałam na siedemdziesięciolatkę.
- Jasne - wstałam z fotela i udałam się do kuchni. Nalałam wody do czajnika i postawiłam go na gazie. Po paru minutach zalałam herbatę wrzątkiem i udałam się z powrotem do salonu.
- Zielona herbata, dwie łyżeczki cukru, tak jak lubisz - postawiłam kubek na stole i usiadłam obok niej. Od kąd wróciła ze szpitala robi się coraz bardziej słabsza, ale oczywiście nie powie mi co się stało, bo to wszystko wina ciśnienia.
- Babciu.. jeśli cię o coś zapytam to obiecasz być ze mną szczera? - spojrzałam jej w oczy.
- Pytaj.
- Co ci jest? Dlaczego coraz gorzej się czujesz? – spytałam zaniepokojona.
- Mówiłam ci już to przez te nowe leki, pomagają na serce, ale odporność słabnie, no i to okropne ciśnienie.
- Obiecałaś mi być szczera. Za każdym razem mówisz mi to samo chodź doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że mnie okłamujesz. I co fajnie ci się żyje w kłamstwach? Chodź raz, ten jeden raz mogłabyś być ze mną szczera i powiedzieć mi coś się dzieje. Do cholery ja ślepa nie jestem i widzę co się dzieje! - zaczęłam się coraz bardziej denerwować.
- Kochanie...
- Nie kochaniuj mi tutaj, tylko powiedz mi w końcu prawdę! - spojrzałam na nią.
- Alex, słonko, proszę cię uspokój się - w jej oczach malowało się zakłopotanie. Jak nic chce się wywinąć i trzymać to wszystko w sekrecie przez kolejne dni. Nie tym razem babciu.
- Za przeproszeniem w dupie mam te twoje uspokój się! Czy ty, na prawdę nie widzisz, że ja się o ciebie martwię, że chcę ci jakoś pomóc?! - nie wytrzymałam i zaczęłam się wydzierać. Po policzkach babci zaczęły spływać łzy - Nie płacz tylko powiedz mi co się dzieje - Starałam się być twarda, ale od środka bardzo bolał mnie ten widok.
- Mam zapalenie mięśnia sercowego... - babcia wyszeptała cicho.Chodź nie mam pojęcia co to jest rozpłakałam się jak niemowlę.
- I dlaczego ty to robisz dlaczego? Dlaczego dopiero teraz mówisz mi o tym? - przytuliłam ją mocno do siebie.
- A po co mam cię martwić? Chciałam uniknąć widzenia cię w takim właśnie stanie - Babcia otarła moje łzy chusteczką. - Spokojnie przecież nie umieram, po to jestem pod stałą opieką lekarską, żeby być z wami jak najdłużej i kto wie, może nawet doczekam się prawnuków - uśmiechnęłam się do niej delikatnie i po raz kolejny mocno ją przytuliłam. - No już rozchmurz się, nic mi nie jest, żyję i mam zamiar pożyć jeszcze, na prawdę długo - nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć, niby babcia zapewniała mnie, że nic jej nie będzie, ale ona tak zawsze mówi dlatego mam powód by nie ufać tym słowom. Nazwa tej choroby brzmi, naprawdę groźnie, ale czy taka jest to nie wiem, wiem, że muszę się nią zaopiekować najlepiej jak tylko potrafię, ona poświęciła, dla nas całe życie więc teraz my musimy jej pomóc. Jutro przejadę się do jej lekarza, żeby dowiedzieć się więcej na temat tej choroby. Swoją drogą, mogłam zrobić to już dawno, przynajmniej wiedziałabym co jej dolega i jak jej najlepiej pomóc w zaistniałej sytuacji.
- Chcesz iść może na spacer? - spytałam babcię już nieco spokojniejsza.
- Oczywiście z tobą zawsze, tylko nie za daleko bo powoli się ściemnia - uśmiechnęłam się do niej delikatnie. Wstałam z kanapy razem z babcią, założyłyśmy buty i wyszłyśmy z domu.
- Wiesz, Alex, co do tych wnuków to moglibyście się powoli za to zabrać.
 - Na mnie nie patrz! Lou jest starszy, najpierw on potem ja. To taka kolej rzeczy.
- A Ty tak w ogóle kogoś masz teraz? Ostatnio o niczym mi nie mówisz - Babcia wzięła mnie pod rękę.
- Tego nic nie mówienia uczę się od mistrzów - spojrzałam na nią - i nie, nie mam nikogo, gdybym miała to byłabyś pierwszą osobą, która by się o tym dowiedziała.
- To przez te twoje krzywe zęby. A mówiłam ci noś aparat, to ty nie krzywizna jest urocza. To teraz masz te swoje urocze, tak, że nikt cię nie będzie chciał.
- Przesadzasz - cicho się zaśmiałam.
- Nie przesadzam. I ten twój okropny nos. On jest... inny, powinnaś coś z nim zrobić. - babcia spojrzała na mnie dość poważnym wzrokiem - No przecież żartuję! Taka się urodziłaś i nic nie wolno ci w sobie zmieniać, musisz zaakceptować to jaka jesteś.
- Ale czy ja powiedziałam, że czegoś nie akceptuję? - zatrzymałyśmy się na chwilę.
- Nie powiedziałaś, ale wiem, że nienawidzisz swojego nosa - To prawda strasznie nie lubiłam tej części swojego ciała. Tak samo jak krzywych nóg i zębów, ale na to ostatnie akurat nic nie poradzę bo mam to na własne życzenie. Po półgodzinnym spacerze udałyśmy się do domu, ponieważ robiło się coraz chłodniej i zapadał zmrok. Babcia usiadła przed telewizorem, a ja zajęłam się robieniem kolacji.
- Jestem! - Do domu wpadł Louis.
- Co robisz dobrego? Bo umieram z głodu! - starszy brat podszedł do lodówki, wyciągnął z niej butelkę wody i opróżnił ją do dna.
- Kacyk? - spojrzałam na niego z uśmiechem, robiąc kanapki.
- Jakbyś nie wiedziała kochana siostrzyczko to ja pracuję i na ta chwile nie mam czasu na imprezy. – Louis zabrał mi jedną z kanapek, którą przygotowałam dla babci.
- Lou, do jasnej cholery masz ręce to sobie zrób! - uderzyłam go pięścią w ramie.
- I tak nie bolało - wyszczerzył się do mnie z buzią pełną jedzenia. - po za tym nie bądź taka chytra, ja cały dzień pracuje a ty mi kanapki żałujesz?
- Tak. I zachowuj się normalnie bo babcia u nas jest - położyłam wszystko na drewnianej tacce i udałam się do salonu. Postawiłam kolację przed babcią.
- Cześć babciu! - Louis usiadł obok niej. - Twoja wnuczka żałuje mi kanapek, wiesz?
- I mały chłopczyk przyszedł na skargę do babci? - Babcia spojrzała na niego i się uśmiechnęła.
- Jedz Louis jedz, bo ja i tak wszystkiego nie zjem.
- Dobra to wy sobie pogadajcie, a ja idę na chwilę na górę - udałam sie do swojego pokoju i momentalnie mój wzrok przykuło zdjęcie moje i Anji, ostatnio widziałyśmy się niech no ja pomyślę... Jared, do cholery znowu on! , ostatnio widziałyśmy się kiedy on tu był. To jak mnie potraktował było, na prawdę czymś co mnie bardzo zabolało. Nie powinnam mu tego wybaczać, ale jak już się stało to się nie odstanie. Tak wiem, że do najmądrzejszych osób na świecie to ja nie należę. Do listy moich życiowych porażek powinnam dopisać jeszcze Jareda. Lubiłam go, zaczynaliśmy się jakoś dogadywać a tu proszę bum! I cały czar prysł. Zasze będę miała pecha, to chyba nieunikniona część mojego życia.


Miesiąc wcześniej :



- Halo... ? - odebrałam telefon zaspanym głosem. 
- Obudziłem cię? 
- Nie, nie.. znaczy tak, ale miałam już wstawać więc spokojnie - uśmiechnęłam się delikatnie. Chodź mnie obudził, dźwięk jego głosu sprawiał mi wielką przyjemność. 
- To dobrze, bo nie wybaczyłbym sobie tego. Chciałem się dowiedzieć czy masz jakieś plany na wieczór?
- Spotykam się Tomem Cruz’em. Wiesz wydzwania do mnie i wydzwania, więc w końcu zgodziłam się na spotkanie - uwielbiam się z nim droczyć. 
- A no to szkoda... - powiedział dość załamanym głosem - Ale chyba będę musiał wam przerwać w randce, ponieważ dzisiejszego wieczoru należysz do Jareda Leto a nie jakiegoś Tom’a. – po raz kolejny się zaśmiałam.
- Nie wiem czy Tom mi to wybacz, po za tym nie jestem twoją własnością, mogę ewentualnie zgodzić się na jakieś krótkie spotkanie z tobą. 
- Kamień z serca! No to przyjadę po ciebie o dwudziestej, bądź gotowa. Papa!
- Pa - z uśmiechem na twarzy odłożyłam telefon na szafkę obok łóżka. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę szesnastą. Co do cholery, którą?! Przecież o dziesiątej miał mi zadzwonić ten pieprzony budzik! Co Jared musiał sobie o mnie pomyśleć, pięknie, pięknie, no po prostu pięknie. Wstałam z łóżka i od razu udałam się do łazienki. Wzięłam dłuższy, niż miałam w planach prysznic, wysuszyłam włosy i ubrałam się w dres. Zeszłam na dół do kuchni wyjęłam jogurt z lodówki i ze spokojem zaczęłam go konsumować. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę osiemnastą. No do cholery przecież przed chwilą była szesnasta! Pobiegłam na górę do swojego pokoju. Wywaliłam wszystko z szafy, w poszukiwaniach czegoś w co mogłabym się ubrać. Po dłuższym namyśle, postawiłam na czarną spódniczkę sięgającą połowy ud, białą bokserkę i czarny sweterek. Tak wiem szału nie ma, ale ja, po prostu nie mam się w co ubrać. Buty, buty jakie do tego buty założyć... Szpilki! Uwielbiam chodzić w obcasach, ale potem strasznie mnie bolą nogi. Wyjęłam czarne szpilki z szafki z butami i założyłam je na nogi. Przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że nie ma co się bardziej stroić. To tylko zwykłe spotkanie a ja waruje gorzej niż małe dziecko na widok cukierka. Spojrzałam na swoje rzeczy, które wywaliłam z szafy. Upchnęłam wszystko tak, żeby szafa się domknęła i zobaczyłam jakaś kartkę na podłodze. Podniosłam ją, otworzyłam, co to do cholery jest skąd to się tu wzięło? Na kartce była jakaś piosenka, przecież ja nie piszę piosenek, Louis też nie, po za tym to nie jego pismo więc skąd to tutaj się wzięło? Przyjrzałam się jej dokładniej, na dole widniał małe inicjały" JL ". JL kto to JL. Jared Leto? Aaaa, to chyba ta kartka, którą zgubił na tym festiwalu. Usiadłam z nią na łóżku i w ciszy przeczytałam tekst piosenki chyba z dziesięć razy. Była niesamowita. To wszystko, tak jakby pisał to z głębi siebie, to co czuję. Wow, oddam mu ją dzisiaj. Zastanawia mnie tylko o kim to napisał. O jakiej dziewczynie. Zapytam się go dziś, zapytam. Włożyłam kartkę do torebki i spojrzałam na zegarek. W pół do ósmej. Mam jeszcze pół godziny. Udałam się do łazienki, rozczesałam włosy i zrobiłam sobie delikatny makijaż. Mój telefon zaczął dzwonić, więc pobiegłam do niego, na ekranie wyświetliła się jedna nie przeczytana wiadomość. " Czekam na dole. - Jared ". Wzięłam torebkę i klucze w ręce, przejrzałam się jeszcze raz w lustrze i wyszłam z domu. Zamknęłam dom na klucz i wsiadłam do samochodu.
- Cześć - uśmiechnęłam się do niego.
- Cześć, ładnie wyglądasz, zapnij pasy proszę - Jared spojrzał na mnie dość dziwnym wzrokiem i odpalił silnik.  
- Dziękuję. Przecież nic mi się nie stanie, spokojnie.
- Zapnij!
- Ale ja nie lubię.
- Zapnij, albo sam to zrobię!
- No dobra, już dobra.. - zapięłam pasy tak jak polecił mi młodszy Leto.
- A tak w ogóle, to gdzie my jedziemy? Bo zaraz pomyślę, że chcesz mnie uprowadzić. 
- Niespodzianka - Jared uśmiechnął się do mnie i znów skupił na kierowaniu pojazdem. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy. W końcu dojechaliśmy, do jakiegoś lasu. 
- Teraz to już, na prawdę zaczynam się ciebie bać. 
- Oj no cicho, chodź! - Poszłam za nim o mało nie zabijając się ze sto razy. 
- Nie mogłeś mi powiedzieć, że wywieziesz mnie na jakąś wiochę to włożyłabym inne buty? 
- Nie, bo tak wyglądasz seksownie. 
- No tak, wy mężczyźni patrzycie tylko na wygląd - Po dziesięciu minutach znaleźliśmy się koło jakiegoś domku. Jared wszedł na taras i otworzył drzwi.
- Zapraszam - weszłam do środka a za mną on.
- Ładnie tutaj, przyznaj się chcesz mnie zamordować i zakopać moje ciało w lesie, dlatego tu przyjechaliśmy - powolnymi krokami chodziłam po domku i oglądałam wszystko co się tutaj znajdowało.
- Po za tym gdzie my w ogóle jesteśmy i co my tutaj robimy?
- Jesteśmy w lesie, jjesteśmy tu dla tego, że chcę cię zamordować i zakopać - zaśmialiśmy się obydwoje.
- No a tak poważnie ?
- Nie wiem, po prostu chciałem cię tu przywieść. Na początku mieliśmy jechać na kolację, ale potem stwierdziłem, że lepiej jak sami coś ugotujemy.
- To twój dom? - spojrzałam na bruneta.
- To bardziej coś w stylu działki. Przyjeżdżaliśmy tu z mamą jak byliśmy mali. 
- Bardzo ładnie tutaj - udałam się z Jaredem do kuchni, gdzie usiadłam na krześle.
- Więc co by pani chciała zjeść? 
- Nie wiem, zaskocz mnie - wyszczerzyłam się do niego. Leto zaczął wyciągać różne rzeczy z lodówki i coś robić. Otworzyłam torebkę w celu wyciągnięcia z niej telefonu, lecz w dłonie wpadła mi karteczka z piosenką, wyciągnęłam ją i spojrzałam na niego.
- Jaredzie Leto, powiedz mi o kim jest ta piosenka?
- Jaka piosenka?
- No ta - podałam mu kartkę, na jego twarzy widać było zakłopotanie. - Więc? - uśmiechnęłam się do niego.
- O... o... o dziewczynie! 
- Tyle to ja też wiem, ale o jakiej dziewczynie?
- Na pewno nie o tobie! Nie napisałbym czegoś takiego o tobie przecież, przecież... 
- Przecież..? 
- Ja to wszystko robię tylko po o, żeby cię przelecieć, nie widzisz tego, na prawdę? - jego słowa brzmiały bardzo przekonująco. Spojrzałam na niego zszokowana - No co się tak patrzysz? Po za tym zobacz jak ty wyglądasz, myślisz, że ktoś taki jak ja umówił by się z kimś takim jak ty? - do moich oczu zaczęły napływać łzy.
- Co ty do cholery sobie myślisz? Na cholere do mnie wydzwaniasz, robisz nadzieje, po co? Jesteś zwykłym pierdolonym złamasem! 
- A ty brzydką dziwką, która daje dupy każdemu więc i ja chciałem spróbować, proste - nie wytrzymałam i zaczęłam płakać. Wybiegłam z domu jak najszybciej potrafiłam i pobiegłam tą drogą, którą szliśmy wcześniej z Jaredem, nie miałam zamiaru dalej wysłuchiwać co ma do powiedzenia, poza tym jak on mógł mi coś takiego powiedzieć? Moje serce zaczęło się rozpadać na milion małych kawałeczków. Niby nic do niego czułam, ale też nie spodziewałam się takich słów z jego strony. Usiadłam na jakiejś ławce i po prostu płakałam, nawet nie wiem jak mam dojść do domu, nie wiem gdzie jestem. Takie słowa bolą, cholernie bolą...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

6. I gotta go my own way.

Alex :


- No i chyba już czas iść swoją drogą. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo w sumie bez sensu jest przejmowanie się frajerami, którzy mają w głowie tylko seks. - Spojrzałam na Anje, która siedziała na przeciwko mnie w Starbucksie.
- Niby tak, ale to jest, na prawdę trudne. Tak bardzo chciałabym sie od niego uwolnić, ale jest coś co cały czas mnie przy nim trzyma. Czuję to, że nie zachowuje się fer w obec mnie, ale potrafię mu wszystko wybaczyć. Nie wiem już nie wiem, na prawdę nie wiem... - wstałam z miejsca, usiadłam obok niej i mocno ją przytuliłam. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Minęły trzy miesiące odkąd zaczeła się spotykać z Karlem i każdego dnia słyszę jak to bardzo tego żałuje. Staram się jej pomóc, ale nie potrafię. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że robi źle, ale widać, że to wszystko wina tego cholernego przywiązania.
- Posłuchaj zrobimy tak. Pójdziemy do mnie, zamówimy sobie ogromną pizzę, nawpierdalamy się, potem będziemy narzekać, że jesteśmy grube, i obejrzymy jakiś film. Całą noc tylko my dwie. Nie ma odbierania żadnych zasranych telefonów zrozumiano ?
- Jeśli ja nie mogę odbierać od Karla, to ty nie odbierasz od Leto. - uśmiechnęłam się do niej i wyciągnęłam dłoń w jej stronę.
- Zgoda, chodź. - Wzięłysmy wszystkie swoje rzeczy i udałysmy się w stronę mojego domu. Ojca jak zwykle nie było, Louis był u Jareda więc było jak najbardziej okej. Postanowiłyśmy przejść się spacerkiem, gdyż na autobus musiałybyśmy czekać jeszcze pół godziny, a dzięki spacerowi będziemy szybciej w domu no i się troszkę dotlenimy.
- A tak w ogóle to co tam z tym jak on miał Jeradem?
- Jaredem. Nic nie jest. Pocałowaliśmy się, pogadaliśmy, stwierdziliśmy, że zostaniemy przyjaciółmi no i tak było przez tydzień, potem on nie wytrzymał i tak od jakiś dwóch miesięcy wydzwania i błaga o spotkanie. Spotkałam się z nim raz, pogardził więc niech spierdala.
- No i takie podejście mi się podoba. Jak nie chciał, to niech wypierdala. - Anja uśmiechnęła się przyjaźnie do mnie. W mojej głowie znów pojawiła się twarz Jareda. Nie mogłam wybaczyć mu tych słów. Nazywając mnie dziwką, którą podrywa tylko po to, żeby przelecieć bardzo mnie zranił. Myślałam, że jest inny, ale jak zwykle musiałam się mylić. Każdy facet jest taki sam, bez względu na zachowanie ma taki sam zamiar jak wszyscy. Ściągnąć spodnie, przelecieć i zostawić. Gorzej jak do tego wszystkiego dziewczyna zajdzie w ciąże, on wypiera się dziecka i nazywa ją puszczalską dziwką. Jestem w stu procentach pewna, że Leto postąpił by tak samo. Niby teraz nagle przypomniało mu się, że zrobił źle, błaga o wybaczenie, dzwoni, pisze, po prostu nie daje żyć. Był moment kiedy byłam wstanie mu wybaczyć, ale to był tylko malutki moment. Potem przypomniałam sobie jego słowa i znów go znienawidziłam tylko, że trzy razy bardziej.
- A tak nie w temacie to co ci ten Leto zrobił, że go tak bardzo nienawidzisz? Przecież to miły chłopak.
- No i widać jak mnie słuchasz. - spojrzałam na nią - Powiedział, że jestem dziwką, którą podrywa tylko po to, żeby przelecieć. Miło by ci było? Bo uwierz mi, że to raczej nic fajnego. - Tym razem to po moich policzkach poleciały łzy. Nie mam mocnej psychiki, każde złe słowo w moją stronę, prowadzi do płaczu. Staram się tego nie robić przy ludziach, żebym nie wyszła na słabą, ale przy niej akurat mogłam. Ona znała mnie chyba jak nikt inny, tylko cholernie nie lubi mnie słuchać. Mogę coś do niej mówić, zaraz zapyta mi się co mówiłam, powtórzę, a potem będzie kazała mi opowiedzieć to samo jeszcze raz, bo nie za bardzo słuchała. Kocham ją, cholernie ją kocham, jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Najlepsza przyjaciółka. Chodź nie widzimy się zbyt często, gdyż Anja dużo podróżuje i pracuje. Ja nie potrafię się oddać pracy, dlatego nadal siedzę na utrzymaniu ojca, co ostatnimy czasy zaczęło mu przeszkadzać, ponieważ karze mi znaleźć sobię pracę. Niby zawsze mogę zatrudnić się u Anji, ale jeszcze nie dzisiaj, nie teraz. Od poniedziałku zacznę nad tym wszystkim myśleć.
- Cały czas coś do ciebie mówię, a ty się nie odzywasz. O czym tak namiętnie myślisz?
- O tobie. - zaśmiałyśmy się obydwie. Pare minut po tym byłysmy już pod moim domem. Otworzyłam drzwi kluczem i weszłyśmy do środka. Od razu weszłam do kuchni i zaczęłam szukać ulotki z pizzerii. Po znalezieniu jej, usiadłam na blacie i zaczęłam przeglądać oferty.
- I co tam mają ciekawego?
- Same obrzydliwe mięso.
- No to weź tą z serami? - Anja spojrzała na mnie jak na debilkę.
- Dobra to weź zadzwoń i coś tam zamów, a ja pójdę ogarnąć nam łózko i jakiś film. - Podałam jej telefon i udałam się na górę do mojego pokoju. Wyjęłam z szafy trzy koce, poustawiałam poduszki tak, żeby było nam wygodnie i zaczęłam przeglądać moją kolekcję z filmami.
- Horror czy romansidło? - Krzyknęłam do dziewczyny, która właśnie weszła do mojego pokoju.
- Horror, bo jak będziemy oglądać jakieś pojebane miłostki to obydwie będziemy ryczeć.
- Okej, jak wolisz. - Włożyłam film do video, i przebrałam się w luźne krótkie spodenki i luźniejszą bluzkę. Anji dałam to samo do ubrania, ponieważ wiem jak niewygodne jest siedzenie w obcisłych ciuchach podczas tego jak masz się relaksować. Związałam włosy w luźnego koka i poszłam zmyć makijaż. Nie lubiłam się malować, ale bez tego wyglądałam jakbym była chora. Od dziecka miałam straszne siniaki pod oczami. Po pół godzinie, którą spędziłyśmy na przebieraniu się, zmywaniu makijażu i tak dalej przyjechała pizza. Zapłaciłam dostawcy należną sumę i po raz kolejny udałam się na górę do swojego pokoju.
- Okej pizza jest, film jest więc możemy zaczynać. - Uśmiechnęłam się szeroko do przyjaciółki. Uchyliłam okno, położyłam pizze na łózku, na którym same usiadłyśmy i włączyłam film. Spojrzałam na dziewczyne, która była lekko przygnębiona.
- Te, co jest? - szturchnęłam ją łokciem.
- Karl jest. - Ta spojrzała na mnie z bardzo smutnym wzrokiem.
- Mała nie przejmuj się nim, ile razy mam ci to jeszcze mówić?
- To tak samo jakbym ci powiedziała nie przejmuj się Leto. Co tam, że nazwał cię dziwką nie przejmuj się nim, zapomnij o tym. - Nic już nie powiedziałam tylko mocno ją do siebie przytuliłam. Jej słowa, znów przypomniały mi o tym dupku. Tak cholernie go nienawidzę. Przespałam się tylko raz w życiu z jednym człowiekiem i on wyzywa mnie od najgorszych? Oddałam swoje dziewictwo Johnowi, którego cholernie kochałam. Dlatego to zrobiłam. Gdybym wiedziała jak się zachowa nigdy bym tego nie zrobiła. Zachowała bym ten pierwszy raz dla kogoś odpowiedniego. Jednak bądź co bądź nie żałowałam tego. Była to wspaniała noc, chodź po niej zaczęło się wszystko komplikować. On chciał coraz więcej, a ja nie potrafiłam mu tego dać. Znów to cholerne dziecko we mnie siedziało. Muszę się go pozbyć bo dzięki niemu tracę bliskie mi osoby.
- Chce ci się oglądać ten film? - Moje rozmyślenia przerwała mi Anja.
- Szczerze? Nie. - uśmiechnęłam się do niej i wyłaczyłam telewizor. Wzięłam laptopa i go włączyłam. - Poobczajamy kto z kim jest, kto kogo zostawił i tak dalej co się dzieje u tych wszystkich ludzi. - Poprzęglądałysmy pare stron i postanowiłyśmy wyjść sobie przed dom. Usiadłyśmy na ławce i patrzyłyśmy w gwiazdy.
- Życzenie? - spojrzałam na nią.
- Umieć powiedzieć temu dupkowi jedno piękne słowo.
- Jakie?
- Wypierdalaj. - zaśmiałam się cicho.
- Twoje? - tym razem to ona spojrzała na mnie.
- Przestać myśleć o dupku numer dwa. - pod dom właśnie podjechał Louis, ale jak się okazało nie był sam. Może jakaś dupeczka z nim przyjechała. Uśmiechnęłam się mimowolnie, jednak uśmiech szybko zszedł mi z twarzy, po tym jak zobaczyłam Leto.
- Anja, idziemy! - wziełam ją za rękę i szybko pobiegłyśmy do mojego pokoju.
- Jak on mógł z nim tutaj przyjechać?! Cholera jasna! - Kopnęłam w łóżko co wywołało ból w stopie.
- On wie o tym co się stało?
- Nie.
- No to nie dziw mu się, że przyjechał ze swoim najlepszym kumplem do siebie do domu, skoro nie wie jak Leto cie potraktował.
- Fakt. Trzeba wymyślić coś żeby go uniknąć. Siku mi się chce.
- To idź? - Po raz kolejny przyjaciółka spojrzała na mnie jak na debila.
- Nie mogę. On tam jest. - pokazałam na drzwi.
- To idź i nie zwracaj na niego uwagi.
- Nie. Wytrzymam. - usiadłam na łózku i znów zaczęłam myśleć o Jaredzie. Usłyszałam kroki zbliżające się w stronę mojego pokoju.
- Czekaj Jared zobaczę co u Alex. - to był Louis. Zapukał w drzwi i próbował je otworzyć, jednak były zakluczone.
- Mała, wszystko okej?
- Eeee... tak tak.. ee.. przebieram się!
- Okej. Jak będziesz coś chciała to jestem na dole. Jakby się coś działo to krzycz.
- Jasne.. - spojrzałam na drzwi i uśmiechnęłam się ironicznie. - Co ja mam teraz zrobić? - spojrzałam na Anje.
- Nie wychodzić z pokoju, aż Letoś sobie nie pójdzie. - Mój pęcherz znów dał o sobie znać.
- Ale ja muszę siku! - skrzyżowałam nogi i zgiełam się w pół.
- To idź. - Ona z wielkim spokojem usiadła na parapecie i odpaliła papierosa.
- Ja tu umieram a ty masz to w dupie. - Wywinęłam dolną wargę w dół i spojrzałam na nią.
- Boże idź sikaj i wróć!
- No dobra już dobra.. - podeszłam do drzwi i je odkluczyłam. Rozglądnęłam się po korytarzu i szybko pobiegłam do łazienki. Opróżniłam pechęrz, umyłam ręcę i wyszłam. Przy schodach natknęłam się na Jareda.
- O cześć Alex.. wiesz ja przepraszam cię za tamto to nie miało tak wyglądać wiesz no nie to miałem na myśli, przepraszam. - Chłopak zaczął mówić jak opętany a ja stałam jak sparaliżowana i gapiłam się na niego.
- Ej? - Jay pomachał mi przed oczyma ręką.
- Ta jasne spoko.. pa! - pobiegłam do pokoju i zakluczyłam drzwi.
- I co? - odezwała się Anja.
- Widział mnie.. przepraszał. A ja uciekłam jak sześcioletnia dziewczynka. Zamiast z nim porozmawiać jak dojrzała kobieta. Jestem taką idiotką! - schowałam  twarz w ręce i usiadłam na ziemi.
- A no jesteś.
- Dzięki.
- Idź z nim pogadaj. - spojrzałam na nią.
- I chyba tak zrobię. Czas to wyjasnić i zakończyć raz na zawsze. - sama nie mogłam uwierzyć swojej pewności siebie. Zeszłam na dół i stanęłam im przed telewizorem.
- Jared. Ja, ty kuchnia w tej chwili! - udałam się do kuchni a ten poszedł za mną.
- Co jest?
- Co masz mi do powiedzenia? - usiadłam na blacie. Strasznie lubiłam tutaj siedzieć.
- Przepraszam. Wiem, że zachowałem się jak gówniarz nazywając cię tak, ale to pod wpływem emocji. Wiesz ta kłótnia to wszystko. To, po prostu były emocje ja nie umiałem zapanować nad tym, cholernie żałuję, że to powiedziałem proszę wybacz mi.. - Jared spojrzał na mnie z miną szczeniaczka. Alex, pamiętaj nie patrz mu w oczy.
- Po prostu zostańmy przy zwykłej znajomości. Nie będziemy przyjaciółmi bo na takie coś trzeba sobie zasłużyć. Może kiedyś, ale nie teraz.
- To znaczy, że mi wybaczasz? - podeszłam do niego i uderzyłam go z otwartej dłoni w twarz.
- Teraz tak. - brunet złapał się za policzek i nic już nie powiedział. Uśmiechnęłam się do niego i udałam z powrotem na górę.

czwartek, 27 grudnia 2012

5. Never give up on love.

Jared :


- Ta ta ta ta! - rozgrzewałem swoje struny głosowe przed wejściem na scenę. Koncert charytatywny, będziemy grać same covery, ale od czegoś trzeba zacząć. Może jacyś ludzie zwrócą na nas uwagę i uda nam się wybić. Denerwowałem się jak zawsze, ale taka człowieka natura. Doskonale wiem o tym, że jak już tam wejdę i zacznę śpiewać po tremie zostanie tylko wspomnienie. Wspomnienie, które będzie powracało do mnie przed każdym kolejnym występem, ale to jest to o czym marzę, to co chciałem robić już od dawna. I wreszcie mam na to szansę. Zgromadziło się tu bardzo dużo osób, mam nadzieję, że chodź ktoś powie nam, że jesteśmy na tyle dobrzy, że będziemy mogli osiągnąć cokolwiek w przyszłości. Shannon stał w skupieniu i namiętnie nad czymś myślał. Matt natomiast spożywał jakiegoś batonika.
- Dobra chłopaki, jazda. To, na prawdę nasza wielka szansa więc błagam nie zjebmy tego. Jest tu mnóstwo ludzi, ludzi którzy mają duże stanowisko w branży światowej, ludzi którzy mogą nam pomóc się wybić. Jazda na scenę. Amen. - wszyscy się przeżegnaliśmy. Niezbyt wierzę w te całe bóżki, ale to taki nasz gest przed wyjściem na scenę. Wziałęm mojego akustyka w rękę i powędrowaliśmy na scenę. Wszyscy ludzie odwrócili się w stronę sceny. Pierwsze odgłosy perkusji, gitary no i jedziemy! Zaczęliśmy od piosenki Jamesa Blunta " You're beautiful". Jest to miłosna ballada, która wymaga perfekcji i wyczucia.
- My life is brilliant... - wyśpiewałem delikatnym głosem do mirofonu. Damska częśc publiczności zaczęła krzyczeć. Szczerze to nie spodziewałem się tego, ale to tylko pomogło pokonać mi tremę.
- You're beautiful, you're beautiful it's true.. - pokazałem palcem na jakąś brunetkę, która tylko nieśmiało uśmiechnęła się do mnie.
- I will never be with you! - Mój palec zwrócił się w stronę Shannona, co rozbawiło wszystkich ludzi. Spojrzałem na nich i uśmiechnąłem się.
- Jak się bawicie?! - Wykrzyczałem, na co oni odpowiedzieli głośnym krzykiem. O tym marzyłem całe moje życie. Zaśpiewaliśmy jeszcze dziesięt coverów, po czym niestety musieliśmy zejść ze sceny. Byłem strasznie spocony i cholernie chciało mi się pić. Dorwałem się do butelki wody co było w tej chwili moim jedynym marzeniem. Wytarłem się ręcznikiem i zdjąłem koszulkę. Ponieważ był środek lata było cholernie gorąco, więc bez żadnego dłuższego namysłu włożyłem ją sobie w spodnie dzięki czemu swobodnie zwisała. Postanowiłem rozejrzeć się po tym całym festynie więc wyszłem z częsci dla zespołów. Przed bramką stała grupka dziewczyn, która nieśmiało poprosiła mnie o autograf. Nigdy w życiu nie rozdawałem autografów. To, na prawdę cholernie miłe. Podpisałem każdą z kartek swoim imieniem.
- Jak się podobało? - zwróciłem się do nich.
- Buyło niesamowicie! Twój głos to wszystko! Jak się nazywacie? - odpowiedziała mi jedna z nich.
- Szczerze mówiąc to jeszcze nie jest oficjalne, ale jeżeli chciałybyście kiedyś poszukać nas to zawsze pod logiem 30 seconds to mars. - uśmiechnąłem się szeroko do nich. Poprosiły mnie o wspólne zdjęcie więc bez zastanowienia się zgodziłem. Po rozdaniu autografów, zrobienie zdjęć i krótkiej rozmowie, grzecznie je przeprosiłem i udałem się dalej. W pewnym momęcie poczułem czyjąś dłoń na ramieniu.
- Byłeś niesamowity! - odwróciłem się i zobaczyłem Alex. Mój boże czy to, na prawdę ona? Nie widzieliśmy się przecież tyle czasu.
- Co tutaj robisz?
- Louis urządza tutaj jakiś pokaz kulinarny więc zabrałam się z nim. - Brunetka poszła przed siebie, a ja ruszyłem za nią.
- Bardzo miło cię znów widzieć. I jak tam się życie układa?
- A nie powiem, że dobrze bo bym skłamała. - przysiedliśmy na jakiejś ławce. - Mam problemy z wagą bo ciągle mi skacze raz w górę, raz w dół. Babcia miała cięzki okres i bardzo chorowała, ale naszczęście teraz jest już wszystko dobrze. No i ten cholerny pajac. - tu wskazała na Louisa, który coś gotował a w okół niego było pełno ludzi.
- A co z nim ? - uśmiechnąłem się.
- On cierpi na debilstwo. A tak po za tym to powinniście zmienić styl grania. To co teraz zrobiliście jest okej, ale za dużo dzieci się wami zacznie interesować. Ta muzyka powinna być dla poważnych ludzi, no dobra dla pojebanych ludzi, ale ludzi, którzy ją zrozumieją i wiedzą czym jest prawdziwy rock!
- Sugerujesz, że jesteśmy zbyt..
- Piękni, młodzi ah i oh. Pokażcie, że umiecie ciężko zagrać a nie. Jak wy się w ogóle nazywacie?
- 30 seconds to mars. - spojrzałem na brunetkę.
- No właśnie trzydzieści sekund na marsa. To powinno się kojarzyć z kompletnym odlotem przy muzyce. Odlotem, którzy ludzie otrzymają po przesłuchaniu pare sekund waszych utworów. - To co ona mówiła miało sens, ale nie nawidzę kiedy ktoś wtrąca się i mówi mi co mam robić.
- Jasne, jasne może jeszcze ludzie mają pieprzyć się przy naszej muzyce?
- No i takie myślenie mi się podoba! - Alex uśmiechnęła się od ucha do ucha. Nie poznaję tej dziewczyny. Jeszcze nie dawno była tak cholernie zamknięta w sobie.
- No co tak na mnie patrzysz? Mówię ci jak jest, po prostu doradzam ci jako dobra.. koleżanka. - i gdzie jest to małe dziecko, które w niej tkwiło? - A teraz chodźmy na lody! - Okej, znalazłem je. Ona, na prawdę jest inna niż wszystkie. Ma swój styl bycia. Chodź jest cholernie dziecinna to i tak coś mnie do niej ciągnie. Przez ten czas kiedy się nie widzieliśmy, zdązyłem zapomnieć o tym, że cokolwiek przez jaką kolwiek chwilę do niej czułem, ale znów to wszystko powróciło. W tej dziewczynie jest tyle życia, tyle radości. Poszliśmy do budki z lodami.
- Jakie? - Alex spojrzała na mnie.
- Czekoladowe. - uśmiechnąłem się do niej.
- Dwie porcje czekoladowe poproszę.
- Ja zapłacę. - spojrzałem na nią i wręczyłem pani w średnim wieku dziesięcio dolarowy banknot.
- Okej jak sobie chcesz to płać. - Znowu przysiedliśmy na ławce. - Muszę ci powiedzieć, że coś nas łączy. - spojrzała na mnie. Moje serce zaczeło odrobinę szybciej bić.
- Co? Co.. co nas łączy?
- Obydwoje uwielbiamy czekoladowe lody.
- Racja. - posłałem jej kolejny serdeczny uśmiech. Nie wiem dlaczego moje serce tak zareagowało na słowa " coś nas łączy ". Ciekaw jestem co ona w tej chwili czuje. Nazywając siebie tylko moją koleżanką chyba określiła swoje uczucia do mojej osoby. Chciałbym abysmy byli chociaż przyjaciółmi. Spojrzałem na brunetkę, która z wielką niechęcią jadła czekoladowe lody.
- Co jest? - zapytałem.
- Za dużo, zaraz się porzygam. - Spojrzała na mnie z miną męczennika. Po chwili jej lody leżały na mojej twarzy a ona śmiała się w najlepsze.
- Nie ujdzie ci to na sucho, o nie! - Zacząłem ją gonić po całym polu gdzie odbywał się festiwal. W pewnym momęcie razem runęliśmy na ziemię i zrobiłem możliwie najgłupszą rzecz jaką mogłem w tej chwili zrobić - pocałowałem ją.
- Nienawidzę cię za to! - chodź odwzajemniła mój pocałunek zaczęła się na mnie wydzierać. Wstała z ziemi i poszła przed siebie.
- All, poczekaj przepraszam. - chwyciłem ją za nadgarstek.
- Zostaw mnie w spokoju. Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego?
- Nie wiem... - spojrzałem w ziemię, póściłem jej nadgarstek i poszłem w drugą stronę.
- Czekaj, coś ci spadło! - Alex krzyczała za mną, ale mimo tego się nie odwróciłem i szedłem dalej. Uświadomiłem sobie, że ta kobieta nie chce mnie w swoim życiu. Oddaliłem się od festiwalu na dość dużą odległość. Zrobiło się trochę chłodniej więc włożyłem na siebie koszulkę. Szukałem w kieszeni kartki z piosenką, ale jej nie znalazłem. Pewnie mi gdzieś wyleciała, jak pech to pełną parą. Tylko gdzie? Alex. Znowu ona. Ona ma to w rękach. Tak mi się wydaje, bo przecież krzyczała za mną, że coś mi wypadło. A z resztą może lepiej jak to przeczyta i zobaczy co czuję. Jedno z czego jestem dziś zadowolony to z tego pocałunku. Chodź żałuję, że to zrobiłem to w końcu spełnił się mój sen. Może po prostu trzeba troszkę powalczyć? Nie poddawać się? Może, ale jeszcze nie teraz nie dzisiaj. Wszystko było dobrze dopóki znów nie zachowałem się jak kretyn. Mogłem jej nie całować. Chodź jestem szczęśliwy, że mój sen, wizja czy co to tam było się spełnił to wiem, że teraz już tak łatwo się do niej nie zbliżę. I jeszcze powiedziała, że mnie nienawidzi pięknie! To życie jest do dupy.

Alex :

- Nienawidzę cię za to! - wykrzyczałam Jaredowi prosto w twarz. Po co mnie całował, po co? Przecież równie dobrze mógł tego nie robić a teraz? Teraz moje chore serce znowu coś poczuło do niego. Nie dość, że cały czas chodził przede mną z gołą klatą to jeszcze ten pocałunek. Alex do cholery ogarnij się! On wcale nie jest przystojny, wcale nie lubisz jego niebieskich oczu i tego pięknego uśmiechu... I tego pięknego ciała... O czym ja myślę, no kurwa ogarnij się dziewczyno! Moje myśli toczyły walkę ze mną. Wstałam z ławki i postanowiłam udać się do domu. Miałam bardzo dużo do przejścia, ale taki spacer dobrze mi zrobi. Po opuszczeniu terenu festiwalu szłam cały czas prosto tak jak do domu. Słychać było coraz słabszą muzykę dochodzącą z miejsca gdzie przed chwilą się znajdowałam. Po dwóch godzinach doszłam do domu. Byłam wykończona, nogi miałam jak z waty. Oczywiście nikogo w domu jeszcze nie było. Od razu weszłam pod prysznic. Czułam się cholernie spocona i brudna. Po zmyciu z siebie tego wszystkiego owinęłam się w ręcznik i poszłam do pokoju. Założyłam niebieskie majtki na siebie i czarną koszulkę z końmi. Otworzyłam okno w pokoju i usiadłam na łózku z laptopem. Poprzęglądąłam pare stron, poczytałam recenzje na temat dzisiejszego występu Jareda i reszty. Cholernie mi się nudziło. Wyłączyłam tego złoma i postawiłam na telewizje. Leciałam po programach jednak nic ciekawego nie leciało. Zostawiłam włączony telewizor na jakimś romansidle i od razu przypomniał mi się Jared. Do jasnej cholery niech on wyjdzie z mojej głowy.
- Alex! - usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Wyjrzałam przez okno i stała tam Anja.
- Już schodzę na dół. - uśmiechnęłam się do niej i wyszłam przed dom. Usiadłyśmy na ławce.
- Co się stało, że o tej porze przychodzisz? - spojrzałam na nią.
- Po pierwsze jutro będziesz pracować, bo muszę wyjechać. Po drugie zaraz ci powiem gdzie wyjechać.
- No dawaj.
- Pamiętasz Karla? - przytaknęłam - Zaprosił mnie jutro na randkę! - zaczęłam się mimowolnie śmiać.
- Dziewczyno masz dwadzieścia trzy lata a zachowujesz się jak pięciolatka. Facet cię zaprosił spoko trzeba wybrać jakieś ciuchy ładnie cię umalować i gotowa. - W głębi serca strasznie cieszyłam sie z jej szczęścia.
- Dobra to teraz ja ci coś opowiem. - Anja spojrzała na mnie z uśmiechem - wiesz kogo dzisiaj spotkałam na tym festiwalu?
- Johna?! - kiwnęłam przecząco głową z uśmiechem. - Czekaj, czekaj a ten ostatnio jak on miał... Jared?
- Tak dokładnie tak.
- No i co w związku z tym?
- Pocałował mnie. - spojrzałam na nią, na co ona spóściła szczękę w dół i zaczeła mnie przytulać.
- No to gratuluję kochanie.
- Ale to wcale nie jest dobrze. Bo ja chyba znów coś do niego czuję... - spóściłam głowę w dół.
- Śmiejesz się z jego dennych żartów?
- Nie wiem.
- Czyli jesteś zaślepiona nim. Kochasz go. - spojrzałam na Anje.
- Chyba żartujesz... Wcale go nie kocham. - Po czterogodzinnej rozmowie z moją przyjaciółką pożegnałyśmy się i w końcu poszłam do domu. W między czasie Louis i tata także wrócili. Nadal miałam w głowie słowa Anji. Przecież ja go nie kocham, on mnie denerwuje. Nie mogę go kochać. Może to jakieś zauroczenie, na pewno niedługo mi minie. Położyłam się do łózka i w końcu zasnęłam.


__________________________


Najprawdopodobniej jest to już ostatni rozdział w tym roku, dlatego chciałam wam wszystkim życzyć udanego sylwestra i szczęśliwego nowego roku. Niech się spełnią wszystkie wasze, nawet te najskrytsze marzenia. A teraz na temat tego rozdziału. Część Alex to kompletna porażka, ale tak to czasami bywa, że przez te gorsze rzeczy też trzeba przejść. Jeszcze raz szczęśliwego nowego roku! :)

sobota, 22 grudnia 2012

4. The real dream.

Jared :


Jasna tafla światła uderzyła moją twarz. Chciałem otworzyć oczy, ale nie mogłem. Co się do cholery dzieje? Słyszałem w okół siebie głosy Shannona i jeszcze kogoś, ale nie umiałem zidentyfikować kto to był. Tak potwornie boli mnie głowa. Dobra Jay weź się w garść i na trzy otwieramy oczy. Raz, dwa, trzy! Moje powieki lekko uniosły się w górę, dzięki czemu mogłem zobaczyć Shannona i obcego mi człowieka.
- No nareszcie stary ile można spać? - Shannon nachylił się na de mną i zaczął mi machać.
- Co się stało? Gdzie ja jestem ? - rozejrzałem się po pokoju, w którym aktualnie się znajdowałem. To na pewno nie był mój dom. Jest zbyt biało, sztywnie i ten specyficzny zapach... Szpital.
- Jesteś w szpitalu braciszku. Nie potrafisz chodzić to teraz cierp za swoje błędy. - Starszy brat uśmiechnął się do mnie i usiadł na krześle przy szpitalnym łóżku.
- Ale jak to się stało? Gdzie jest Alex? - Nie mogłem sobie nic przypomnieć. Ostatnie co pamiętam to mój pocałunek z All.
- Jaka Alex czy tobie już do końca na mózg padło? Byliśmy na próbie, pamiętasz? - przytaknąłem. - Wymyślaliśmy nazwę zespołu, po czym zacząłeś tak bardzo skakać z radości, że potknąłeś się o moje bębny i właśnie tak o to znalazłeś się tutaj. - Poczułem nieprzyjemnie ciepło na mojej głowie wiec momętalnie ją dotknąłem.
- Plaster, masz troszkę rozwaloną główkę. - Spojrzałem na niego przerażony. Nie, nie z powodu rozwalonej głowy tylko z powodu tego, że jeśli to wszystko przebiegało tak jak Shannon mówił nigdy nie pocałowałem Alex. Przecież to było takie prawdziwe. Dlaczego ja mam takiego pecha w życiu?
- Wytłumacz mi coś. - zwróciłem się do Shannona. - Od próby zespołu jestem cały czas tutaj, tak? Nigdzie więcej nie byłem i cały czas masz mnie na oku?
- Właśnie tak.
- Kurwa mać! - krzyknąłem znacznie głośniej niż chciałem. Do sali przybiegł lekarz, na jego plakietce wyczytałem nazwisko Hudson.
- Jak się pan czuje, panie Leto? - spojrzał na mnie i odłączył mnie od kroplówki.
- Nie potrafię określić tego jak się czuję. Mam mętlik w głowie. Po prostu strasznie mnie to boli, nieważnie. Kiedy będę mógł z tąd wyjść?
- Jeśli wszystko będzie dobrze, opuścisz szpital po południu. - Uśmiechnął sie i wyszedł z sali. Poczułem, że muszę iść skorzystać z toalety. Usiadłem na łózku, ale znacznie gorzej było z wstaniem.
- Shannon mógłbyś ruszyć ten twój tłusty zadek i mi pomóc?
- Sam masz grubą dupę do jasnej cholery! - krzyknął do mnie z pełną buzią czekolady. - I tak już ci pomagam. - Po załatwieniu swojej potrzeby w toalecie postanowiłem przejść się po korytarzu. Nie lubię marnować czasu na leżenie w łózku czy spaniu. Życie jest zbyt krótkie żeby przejmować się faktem czy jest się wyspanym czy nie. Przechadzałem się korytarzami przed dobre pół godziny. Moje myśli krążyły cały czas w okół jednej osoby. Alex. Co jest w niej takiego, że tak bardzo mnie do niej ciągnie? Jest bardzo atrakcyjna to raz. Ale co dalej? No dobra ma fajny charakter, bardzo podoba mi się jej podejście do życia. Jest, po prostu.. no nie wiem, nie wiem jak mam ją określić. Nie jest ideałem bo do ideału każdemu z nas brakuje bardzo dużo. Ale jest kimś wyjątkowym. Tak to odpowiednie słowo.
- Jared? - usłyszałem za sobą głos należący do mojej matki.
- Cześć mamo. - przytuliłem swoją rodzicielke do siebie.
- Jak się czujesz ? Nic ci nie jest wszystko dobrze?
- Tak mamo, spokojnie. Nic mi nie jest nie raz zrobiłem sobie krzywdę więc i z tego wybrnę. - uśmiechnąłem sie szeroko.
- Mam nadzieję bo mam dla ciebie małą propozycję, ale to zaraz. Chodźmy do sali. - Wziąłem ją pod rękę i udaliśmy się w stronę sali, na której powinnienem przebywać. Obserwowałem ludzi, którzy tak jak ja postanowili pójść na spacer po szpitalnym korytarzu. Na ich twarzach jest tyle smutku, bezradności i żalu. Gdybym tylko umiał strasznie chciałbym im pomóc. W oczy rzuciła mi się postać, bardzo podobna do Alex. Ale co ona by tutaj robiła? Chyba, na prawdę zaczynam wariować.


Alex :


Obudziłam się o godzinie dziesiątej. Od razu postanowiłam pójść pod prysznic. Po wykonaniu wszystkich czynności związanych z chigieną usłyszałam, że telefon dzwoni.
- Nawet rano nie dadzą człowiekowi spokoju. Halo? - odebrałam i w słuchawce odezwał sie głos ojca.
- Słuchaj, babcia jest w szpitalu... - Zrobiło mi się słabo na samą myśl.
- Boże co jej się stało? W jakim szpitalu, gdzie? Ja muszę do niej pojechać! - zaczełam krzyczeć jak opętana do słuchawki. Babcia to dla mnie najważniejszy człowiek na świecie nie wybaczyłabym sobie gdyby coś jej sie stało a ja nie zrobiłam bym wszystkiego żeby jej pomóc.
- Ma problemy z sercem, ale nie martw się to nic poważnego. Louis zaraz podjedzie pod dom i razem do niej pojedziecie. Masz jakieś pięć minut więc się zbieraj. Zobaczymy się wieczorem. Pa.
- Pa. - odłożyłam telefon i w biegu pobiegłam na górę. Założyłam na siebie byle jakie ciuchy, związałam włosy w koka, włożyłam buty na nogi, płaszcz i wybiegłam z domu. Pod domem tak jak mówił tata stał samochód Louisa. Wbiegłam do niego i momętalnie ruszyliśmy w stronę szpitala.
- Kiedy trafiła do szpitala? - Brat nie odpowiedział mi na moje pytanie. - Louis?
- Sorry, zamyśliłem się. W nocy zabrało ją pogotowie. Ma problemy z sercem, ale na prawdę nie masz się czym martwić. - Na jego twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Czyli jest coś czego nie chcą mi powiedzieć za dobrze ich znam. Po dotarciu do szpitala obydwoje wybiegliśmy z samochodu i udaliśmy się do dyżurki.
- Przepraszam, moja znaczy nasza babcia trafiła tu dzisiaj w nocy mogłaby nam pani powiedzieć w jakiej sali się znajduje?
- Nazwisko?
- Wesley. Julia Wesley.
- Sala numer 314.
- Dziękuje. - Uśmiechnęłam się do pani w dyżurce i pobiegłam w stronę sali. Poszukiwania zajeły nam około pięciu minut. Wpadłam do sali, na której leżała babcia i od raazu do niej podbiegłam. Pojedyńcze łzy zaczęły spływać po moim policzku.
- Alex, Louis. Cieszę się, że was widzę. - Babcia wysiliła się na uśmiech i zcisnęła moją dłoń.
- Jak się czujesz? - zapytałam.
- Dobrze, kochanie nie masz czymś się martwić. To tylko mały problem. Poobserwują mnie, nafaszerują lekami i wszystko będzie dobrze. - Przytuliłam ją mocno do siebie.
- Louis słońce mogłbyś mi przynieśc szklankę wody?
- Jasne babciu. - Mój starszy brat podał babci szklankę z wodą.
- Ale babciu jak to sie stało jak? Jak to się stało, że tutaj jesteś? - łzy nadal leciały mi z oczu, nie umiałam tego kontrolować. Jeszcze nie wiem co jej jest, ale na prawdę tak bardzo ją kocham nie chce żeby stało jej sie cokolwiek złego. To ona zawsze chroniła nas od zła, więc teraz czas się zrewanżować.
- Bardzo bolało mnie serce wczoraj. Wiecie, że od dawna choruję na nie więc czasami mój stan może się pogorszyć. Ale spokojnie już jest wszystko dobrze, nic mnie nie boli. Na prawdę proszę was nie przejmujcie się mną. - Babcia po raz kolejny uśmiechnęła się do nas. Znów przytuliłam ją mocno do siebie. Siedziałam z nią do rana następnego dnia, aż przyszedł Louis i zabrał mnie do domu. Pomimo silnego zmęczenie nie mogłam zasnąć. Nie dawała mi spokoju ta sprawa z babcią. Widzę, że coś przede mną ukrywają. No i jeszcze Jared. Na jaką cholerę zadałam mu to pytanie? Zresztą to teraz najmniejszy problem. Po półgodzinnych przemyśleniach w końcu udało mi się zasnąć. Obudziłam się o godzinie siedemnastej, zjadłam na szybko bułkę, wykąpałam się, przebrałam i poszłam na autobus aby pojechać do babci. Jak zwykle w takie dni padał deszcz, a ja nie miałam parasola. Cóż z cukru nie jestem nie roztopię się. Wsiadłam do autobusu cała przemoczona, ale szczerze mówiąc to miałam to gdzieś. Po dodarciu na miejsce udałam sie do sali, na której znajdowała się matka mojego ojca. Wyglądała znacznie lepiej niż wczoraj. Przytuliłam ją mocno do siebie i ucałowałam.
- Przejdziemy się? - zaproponowała babcia, więc pomogłam jej wstać, wzięłam ją pod rękę i poszliśmy wzdłóz korytarza.
- Jak się czujesz? - uśmiechnęłam się do niej co było ewidentnie  sztuczne, ale nie mogę dać po sobie poznać tego, że się martwię. Wiem, że jeśli by to wyczuła nie powiedziła by mi już nic na temat swojego stanu zdrowia bylebym tylko się nie zadręczała.
- Dużo lepiej niż wczoraj, dziecko, dużo lepiej. - ścisnęłam jej dłoń. Przechadzałyśmy się po korytarzu rozmawiając o moich planach na przyszłość. Szczerze mówiąc to kompletnie nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zdałam liceum na bardzo dobrych wynikach, mam maturę i co dalej? Chciałam studiować fotografię, ponieważ bardzo mnie to interesuje, ale jakoś nie mam narazie zapału do tego. Teraz najważniejsze jest to żeby wszystko powróciło do normalności. Obserwowałam ludzi i w pewnym momęcie zobaczyłam Jareda w objęciach jakiejś starszej kobiety. No pięknie jeszcze jego mi tu brakowało. Stanęłam na chwilkę na przeciwko babci.
- Babciu.. proszę cię jeśli coś się dzieje to powiedz mi. Widzę, że coś przede mną ukrywacie. Proszę cię powiedz mi o co chodzi. - Musiałam zadać babci te pytania, ponieważ dzięki temu stałam tyłem do niego więc była tylko jedna druga szans, że mnie rozpozna. Naszczęście nie rozpoznał. Tylko co on tutaj robi? Do cholery, Alex ogarnij się i daj sobie z nim spokój. Potrząsnełam głową i spojrzałam na babcie.
- Słuchasz ty mnie wogóle? Tak jak ci mówiłam nic przed tobą nie ukrywam, wiesz, że byłabyś pierwszą osobą, której powiedziałabym gdyby mi coś było. Na prawdę wszystko jest dobrze nie masz czymś się martwić kochanie. - Po raz kolejny przytuliłyśmy się mocno do siebie i powróciłyśmy na salę. Babcia poszła z lekarzem na badania a ja zostałam sama czekając za nią. Usiadłam na parapecie wpatrując się w widok za oknami szpitala. Nawet ładnie tutaj mają. Jednak cały czas myślałam o co w tym wszystkim chodzi. Nie kocham go, nie to na pewno nie jest to. Po prostu czuję, że coś mnie przyciąga do tego człowieka. Mam nadzieję, że z czasem mi to minie. Zobaczyłam babcie w drzwiach więc szeroko się uśmiechnęłam, jednak mój uśmiech szybko zniknął z twarzy kiedy zobaczyłam ją całą bladą. W pare sekund leżała już na ziemi nie przytomna.
- Babciu! - podbiegłam do niej i zaczełam wołać o pomoc na cały szpital.

_________________________

Tak, tak, wiem bardzo krótki rozdział. Wiem też, że strasznie zaniedbałam tego bloga, ale to wszystko się zmieni. Mam nadzieję, że się będzie się podobać. Rozdziały będą się teraz pojawiać co tydzień. Pozdrawiam. :)

niedziela, 28 października 2012

3. It's my life.



Alex :

Nazywam się Alexandra Wesley. Wszyscy mówią na mnie Alex. Nienawidzę tego imienia. Mam 170 cm wzrostu, ciemne włosy i zielone oczy. 22 lata i dość szczupłą figurę. To tyle jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Mam starszego brata Louisa, którego bardzo kocham. Bądź co bądź jest moim starszym bratem. Do dziewiątego roku życia wychowywałam się w szczęśliwej rodzinie o ile to tak można nazwać. Po prostu była mama był tata i wszystko było dobrze. Niestety dwa dni przed moimi dziewiątymi urodzinami zdarzyła się rodzinna tragedia, mianowicie zmarła mama. Dla całej naszej trójki był to ogromny wstrząs. Nikt nie mógł sobie poradzić z tym co się stało, każdy z nas przeżywał to z osobna. Louis zamknął się kompletnie w sobie tak samo jak ja. Nie umiałam rozmawiać z innymi dziećmi, nie potrafiłam słuchać kiedy moje koleżanki opowiadały o swoich mamach,  gdzie to z nimi nie były, czego nie robiły, w co się bawiły. Tak, może to wydaje się banalne, ale byłam małym dzieckiem. Louis przestał chodzić do szkoły, cały czas wagarował nie dawał sobie pomóc. Natomiast tata w stu procentach poświęcił się pracy byle by tylko nie myśleć o zaistniałej sytuacji. Dopiero babcia postawiła nas jakoś na nogi. Tłumaczyła, że tak się czasami zdarza, ale trzeba żyć bez względu na wszystko podążać za swoimi marzeniami. Zapisała nas w dwójkę do psychologa co moim zdaniem gówno nam dało, ale przecież to pomaga, to wyciągnie cię z depresji. Tak jasne, prędzej wpakuje do grobu. Nigdy nie wybiorę się do psychologa, który pierdoli przez godzinę o tym, że twoja matka nie żyję. Tyle to ja już wiem, miałeś mi pomóc  a nie jeszcze bardziej dołować. Tak, naprawdę wychowała mnie babcia. Od najmłodszych lat cały czas była ze mną. Rodzice nigdy nie mieli czasu dla nas tyle co, każdą niedziele spędzaliśmy razem. Będąc dzieckiem wymagano ode mnie perfekcji we wszystkim. Miałam mieć najlepsze oceny, być najlepsza we wszystkim. Jeśli coś mi nie wyszło cisnęli mnie tak długo, aż byłam najlepsza. Nie było to zbyt dobre dla małego dziecka, ale co zrobić. Może to dlatego w teraźniejszych czasach tak bardzo zachowuję się jak dziecko. Może dlatego, obrażam się jak małe dziecko, nie potrafię sobie poradzić z niczym. Dlatego, że nie miałam dzieciństwa. Może to dlatego John mnie zostawił bo byłam zbyt dziecinna. Staram się nad tym panować, zachowywać się odpowiednio do mojego wieku, ale czasami po prostu przychodzi taka cholerna bezradność kiedy potrafię tylko usiąść i rozpłakać się jak dziecko. Tak samo jest w przypadku kiedy czegoś bardzo chcę. Będę tak długo o to walczyć, aż ktoś mi grzecznie powie, że nic się nie da zrobić, albo dopóki tego nie dostanę. Zdaję sobie sprawę z tego co robię, ale ja po prostu inaczej nie potrafię. Skończyłam szkołę, zdałam maturę, ale jakoś nie uśmiecha mi się by iść do pracy. Jeśli potrzebuję pieniędzy dorabiam sobie w salonie kosmetycznym u Anji. Kim jest Anja? Anja to moja najlepsza przyjaciółka od czasów dzieciństwa. Chodź parę razy zawiodłam się na niej, zawsze jej pomogę. Mieszka dwa domy dalej, często nocujemy u siebie, potrafimy przesiedzieć całą noc na ławce przed domem i rozmawiać. Potrafimy całymi dniami i nocami gadać przez telefon, najczęściej wszędzie chodzimy razem. Jako mała dziewczynka zawsze byłam bardziej za tatą niż za mamą. No właśnie tata. Z tatą nie widuję się zbyt często, ponieważ cały czas pracuję. Kiedy ja wstaję taty już nie ma, natomiast kiedy już śpię tata dopiero wraca do domu. Bardzo go kocham, chodź mam żal do niego o to, że tak mało czasu spędza z nami. Czasami zdarza mi się zamienić z nim parę słów, kiedy wstanę wcześniej, albo siedzę do nocy i czekam za nim. Najwięcej czasu razem spędzamy w święta. Wtedy jesteśmy wszyscy razem. No może nie do końca wszyscy bo już nigdy nie będzie z nami mamy. Ja za bardzo jej nie pamiętam, ale z tego co tata mi opowiadał była to niezwykła kobieta. Była przede wszystkim bardzo piękna. Oglądając jej zdjęcia z młodości, bardzo żałuję, że ja nie wyglądam tak jak ona. Posunęła się do okropnego czynu, do zdrady. Zabiła tym incydentem całą naszą rodzinę, osierociła mnie i Louisa. Wychowywaliśmy się bez matki, co naprawdę nie jest łatwe. Może i była moją matką, ale przekroczyła granicę. To babcię traktuję jak matkę. Ona pokazała mi czym jest świat, jak obchodzić się z facetami to ona pokazała mi jak się zakłada te durne podpaski podczas miesiączki. A powinna to zrobić matka. Jest naprawdę idealną kobietą, wychowała mnie i Louisa bardzo dobrze. No właśnie, Louis. Louis to kompletny idiota. Znaczy ma wiedzę i tak dalej, ale uwielbia robić z siebie idiotę. Strasznie się popisuje zwłaszcza jak jest z nim Amy.  Chodź często się kłócimy, zwalamy jeden na drugiego, bijemy się jak nienormalni to jestem pewna, że poszła bym za nim w ogień tak samo jak on za mną. Kiedyś była taka sytuacja, kiedy Louis pobił się z jakimś chłopakiem w naszym domku letniskowym tylko dlatego, że mnie zaczepiał. Byliśmy tam z przyjaciółmi…


14 sierpnia, 1994.





Od paru dni łazi za mną jakiś koleś. Może i jest ładny, ale naprawdę zaczyna mnie przerażać. Louis, każe mi na niego uważać, twierdzi , że może mi się coś stać. Chociaż ja w to za bardzo nie wierzę, no bo kto by chciał takie coś jak ja. Po za tym ten chłopak nie wygląda na zbyt silnego. Jest późny wieczór, wszyscy siedzą na tarasie i piją. Ja jakoś nie mam ochoty na picie dzisiaj. Ten dzień jest okropny. Za dużo wspomnień. Spacer, tak to powinno mi dobrze zrobić. Założyłam adidasy na nogi i jakąś bluzę na siebie, ponieważ komary dają znać o sobie. Wyszłam tylnym wejściem, bo jakbym chciała wyjść przez taras to na pewno by mi się to nie udało. Poszłam przed siebie tak po prostu by poukładać myśli. Dzisiaj minęło dokładnie osiem lat jak mama nie żyje. Może i minęło już osiem lat, ale ja nadal nie potrafię się pogodzić z tym co się stało. Gdybyśmy byli w Los Angeles na pewno poszłabym na grób mamy. A, że wyjechaliśmy tutaj nie ma szans. Nie wiem dlaczego to się stało, co ja takiego złego zrobiłam, że mama umarła. Nie wierzę w boga. Nie potrafię. Bo przecież, jeżeli jest on taki wszechmogący to dlaczego nie usunie zła ze świata? Tata mówi, że to dlatego, że mamy wolną wolę, ale ja nie potrafię w to uwierzyć. Na ziemi istnieje samo zło i nic po za tym. Jeżeli istniał by bóg nie dopuścił by do tych wszystkich złych rzeczy. Nie dopuścił by do śmierci mamy. Przeszłam przez las, aż do jeziora, przy którym usiadłam. Myślałam przez dobrą godzinę o zdarzeniu, które miało miejsce osiem lat temu. Nienawidzę tego palanta przez, którego mama zmarła. Jak on mógł do tego dopuścić? Nie pomijając faktu, że podobno ją kochał. Skoro wiedział, że motor nie działa jak należy dlaczego pozwolił jej tam wsiąść? Po moich policzkach spłynęły łzy. Zrobiło mi się dość zimno. Siedziałam tak jeszcze z dobre dwadzieścia minut, po czym wstałam z piasku i udałam się w stronę domu. Miałam ochotę, po prostu położyć się spać i przestać o tym wszystkim myśleć. Weszłam w las, gdzie zastałam kompletną ciemność. Przede mną była jedna, wielka czarna dziura. Wzdrygnęłam na sam widok, przyśpieszyłam kroku, żeby jak najszybciej dojść do domu. Bałam się cholernie się bałam. W mojej głowie, zaczęły tworzyć się historię, że ktoś mnie zabiję, zgwałci, że jakiś demon mnie nawiedzi, że zobaczę ducha i tak dalej. Mój mózg, po prostu myślał o wszystkim o czym nie powinien myśleć. Zobaczyłam światło dobiegające z naszego tarasu i ulżyło mi. Od razu zwolniłam kroku, ponieważ całe łydki mnie bolały od szybkiego wchodzenia pod górkę. Nagle poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu oraz buzi.

- Teraz już mi nigdzie nie uciekniesz maleńka.. zabawimy się. – Chciałam krzyczeć, szarpałam się, ale uniemożliwiały mi to ręce mężczyzny. Nie widziałam nawet kto to jest. Zaczęłam płakać, cholernie płakać. Przede mną pojawiła się druga postać, zaczęłam bać się jeszcze bardzie, ale jak się okazało był to Louis. Podbiegł do mężczyzny i zaczął go okładać pięściami.

- Alex do cholery uciekaj! – Wstałam z ziemi i pobiegłam najszybciej jak mogłam w stronę domku. Wbiegłam do niego jak oszalała przykuwając tym uwagę wszystkich naszych znajomych.

- Boże co ci się stało?  - podbiegła do mnie Anja, w którą się wtuliłam i rozpłakałam jeszcze bardziej. Dziewczyna gładziła moje włosy i powtarzała, że mam się uspokoić.

- Lou.. Louis.. on potrzebuje pomocy jakiś palant się z nim bije.. – płakałam coraz bardziej, nie miałam już siły na ten dzień. Po wypowiedzeniu tych słów, męskie grono naszego towarzystwa od razu rzuciło się w stronę drzwi i pobiegli na pomoc mojemu bratu. Anja usiadła razem ze mną na kanapie. Zajęło mi dziesięć minut uspokojenie się. Spojrzałam na dziewczyny.

- Co się stało, Alex błagam cię powiedz. – Z ust Claudii padły te oto słowa. Spojrzałam na nią, wzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić.

- Poszłam się przejść, podczas gdy wy siedzieliście na tarasie. Nie miałam ochoty na picie dzisiaj, po prostu chciałam odpocząć. Wracając zaczepił mnie jakiś facet, nagle pojawił się Lou.. – nie zdążyłam do kończyć, ponieważ wtrąciła się Anja.

- Poszedł cię szukać, bo zobaczył, że cię nie ma.

- Pojawił się Louis i kazał mi uciekać. Został tam z tym mężczyzną. Przyleciałam do was i dalej już wiecie co się stało. – Dokończyłam mówić na jednym oddechu. Wszystkie dziewczyny usiadły koło mnie i zaczęły mnie mocno ściskać. Usłyszałam rozmowę, więc odruchowo spojrzałam na drzwi, w których pojawił się Louis, Liam, Josh oraz Jason. Louis miał całą twarz we krwi. Podbiegłam do nich i zaczęłam ocierać twarz Louisowi swoją koszulką.

- Na cholerę tam szłaś? Kurwa, czy ty chodź raz możesz pomyśleć?

- Ale Louis.. – spojrzałam na niego.

- W dupie mam twoje Louis. – Starszy brat wyminął mnie i udał się na górę. Spojrzałam tylko na schody. Wzrok każdego, który znajdował się w tym pomieszczeniu był skierowany na mnie. Super znowu wyszło, że jestem nieodpowiedzialna. Nie mówiąc nic, udałam się na górę tak samo jak mój brat. Stanęłam przed drzwiami łazienki, wzięłam głęboki oddech i zapukałam w drzwi.

- Czego?

- Mogę wejść.. ? – zapytałam cicho.

- Po co?

- Chcę z tobą porozmawiać… - Louis otworzył mi drzwi, a ja spuściłam głowę w dół.

- Właź. – Spojrzałam na niego i zrobiłam niepewny krok dzięki, któremu znajdowałam się w łazience. Lou obmywał sobie twarz z krwi.

- Przepraszam.. – Chwyciłam go za rękę, która delikatnie zadrżała.

- Nie rozumiesz, że jeśli tobie by się coś stało ja bym tego nie przeżył? Jesteś moją młodszą siostrą do cholery, jestem odpowiedzialny za ciebie! – Louis wykrzyczał mi to wszystko prosto w twarz, po czym mocno mnie do siebie przytulił. - Gdyby coś ci się stało nie wybaczyłbym sobie tego nigdy. Nie wybaczyłbym sobie, że nie było mnie z tobą.

- Przepraszam.. – wtuliłam się w brata jeszcze mocniej. Staliśmy tak parę minut, pomogłam mu opatrzyć twarz i zeszliśmy na dół do naszych znajomych. Czy 14 sierpnia zawsze musi być dla mnie pechowy?


Jared :

- Tak mamo wiem, posprzątam! – krzyknąłem do swojej rodzicielki i zamknąłem drzwi do swojego pokoju. Nie będę tu sprzątał, to mój pokój i będzie tu tak jak mi się podoba. Wziąłem gitarę w rękę i zacząłem grać jakąś melodię. Myślałem cały czas o sytuacji, która zaszła między mną a Alex dwa dni temu. Nie odpowiedziałem jej szczerze. Lubię ją, bardzo lubię, ale nie wiem czy ją kocham. Za szybko na miłość. Owszem darzę ją wielką sympatią, i to wcale nie dlatego, że jest cholernie ładna. Po prostu ma bardzo fajny charakter. Nie spotkałem się jeszcze z dorosłą osobą, która mogła by być tak słodka. Zachowuje się jak mała dziewczynka co jest cholernie urocze. W mojej głowie pojawiły się sprośne myśli z Alex w roli głównej. Dobra, stop Jared ogarnij się. Muszę z nią porozmawiać. Pojadę podpisać papiery w sprawie mojego mieszkania, mam 29 lat od trzech miesięcy mieszkam z matką, ponieważ sprzedałem mój mały kącik i zamierzam kupić coś większego, podjadę po Shannona i pojedziemy na próbę. Potem pojadę do Alex, żeby z nią porozmawiać o wszystkim. Odłożyłem gitarę na miejsce, założyłem buty i bluzę, wziąłem kluczyki od samochodu i wyszedłem z pokoju.
- Gdzie idziesz? – Zapytała mnie mama.
 - Jadę podpisać papiery w sprawie domu, po Shannona, jedziemy na próbę. Zostanę dzisiaj na noc u niego więc nie czekaj na mnie. – Ucałowałem jej policzek i wyszedłem z domu. Wsiadłem do samochodu i udałem się do mieszkania mężczyzny, od którego miałem odkupić dwu piętrowy dom. Podjechałem pod mieszkanie właściciela mojego przyszłego domu, wysiadłem z samochodu i udałem się na dziesiąte piętro. Podszedłem do drzwi z numerkiem 126 i zapukałem. Drzwi otworzyła mi jakaś kobieta, na oko miała z 35 lat.
- Tak?
- Dzień dobry ja do pana Michaela Tomilsona. – uśmiechnąłem się do kobiety.
- Michael! Jakiś pan do ciebie! – Kobieta krzyknęła w głąb mieszkania. Po krótkiej chwili pojawił się w drzwiach mężczyzna.
- Dzień dobry. – wyciągnąłem dłoń w stronę pana Tomilsona. – Moje nazwisko Leto, przyjechałem podpisać papiery związane z kupnem domu.
- Aaaa pan Leto niech pan wchodzi. – Uczyniłem to co polecił mi starszy pan. Po półgodzinnej dyskusji i dogadaniu się w sprawie ceny domu, podpisałem papiery, pożegnałem się z mężczyzną i udałem się z powrotem do mojego samochodu. Podjechałem pod Shannona do jego domu. Zatrąbiłem i po pięciu minutach wyszedł Shann ze swoimi pałeczkami.
- Wiesz debilu, że mamy dziesięć minut spóźnienia? – Spojrzałem na niego.
- Wiesz co robić. – Shann uśmiechnął się do mnie, zamknął drzwi. Ruszyłem i jechałem najszybciej jak tylko potrafiłem. W ciągu piętnastu minut podjechaliśmy pod dom Tima, gdzie odbywała się próba naszego zespołu. Nagrywamy płytę, chociaż jeszcze nie wiemy jak będzie się nazywał nasz zespół. Podczas ostatniej rozmowy z Alex, o wylocie na marsa wpadł mi pewien pomysł, który miałem dzisiaj zaprezentować chłopakom.
- Sorry za spóźnienie, byłem podpisać papiery żeby kupić dom. Dobra chłopaki usiądźcie trzeba coś obgadać.
- Ja pierdole co żeś znowu wymyślił? – Tim spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem i usiadł na kanapie tak jak pozostała część zespołu.
- Trzeba ustalić nazwę naszego zespołu. Jakieś propozycję? – spojrzałem na chłopaków, którzy siedzieli cicho.
- No dobrze to ja zaproponuję. Co myślicie o nazwie, w której użyć słowa Mars. Wiecie to taka planeta.
- Water on Mars? – Shannon spojrzał na mnie jak na debila.
- Ja pierdole, po co nam woda na Marsie? To musi być coś oryginalnego, coś na co nikt by nie wpadł.
- This is a magic thirty seconds with you! – Tim zaśpiewał jakąś piosenkę razem z radiem. Wtedy mnie olśniło.
- Thirty seconds to mars! Chłopaki to jest to! – Spojrzałem na nich. Byli zamyśleni. Trwaliśmy w milczeniu parę minut, po czym uśmiechnęliśmy się do siebie nawzajem.
- Brawo młody. – Shann poklepał mnie po ramieniu. Po obgadaniu wszystkiego zaczęliśmy próbę, która trwała trzy godziny z kawałkiem. Była godzina siódma wieczorem.
- To co jakieś piwko?
- Sorry ja nie mogę umówiłem się. Shann przyjadę do ciebie wieczorem, powiedziałem mamie, że śpię u ciebie. Pa! – pokiwałem im i wsiadłem do samochodu. Teraz czeka mnie spotkanie z Alex. Pojechałem w stronę jej domu, denerwuję się do cholery. Zaparkowałem auto przed jej domem i wysiadłem z niego. Udałem się pod furtkę gdzie zadzwoniłem na dzwonek. Po paru minutach wyszła Alex odziana w krótkie spodenki i jakąś dłuższą koszulkę.
- Czego chcesz? – Na mój widok, uśmiech z jej twarzy zniknął.
- Porozmawiać.
- Spoko, wchodź. – Otworzyła mi furtkę więc wszedłem do środka. Poszedłem za nią, aż weszliśmy do domu i usiedliśmy w salonie.
- O czym chcesz pogadać? – Alex wzięła cukierka w rękę, odwinęła go z papierka i wsadziła do buzi. Wziąłem głęboki wdech, spojrzałem na nią i zacząłem mówić.
- Nie byłem do końca szczery z tobą ostatnio jak rozmawialiśmy. Zapytałaś mnie czy zakochałem się w tobie.. – spojrzałem na dziewczynę, która spuściła wzrok w dół. Widać, że zrobiło jej się głupio. – Nie wiem czy się zakochałem. Owszem darzę cię uczuciem, którego nie darzę nikogo, ale jeszcze nie wiem co to jest. Lubię cię, cholernie cię lubię, naprawdę bardzo mi się podobasz, masz niesamowity charakter, jesteś cholernie uro…
- Przepraszam, że w ogóle cokolwiek mówiłam o zakochaniu. To był tylko jakiś idiotyczny wymysł mojego mózgu. Zapomnij o tym. – Alex przerwała mi moją wypowiedź, powiedziała te słowa i spojrzała mi prosto w oczy.
- Jasne nie ma sprawy.. – uśmiechnąłem się sztucznie do niej. Niby jej nie kocham, ale coś mnie ukuło w sercu kiedy powiedziała te słowa. Nie ważne, mam zapomnieć.
- Chcesz może cukierka? – Alex uśmiechnęła się do mnie i zaczęła machać mi krówką przed oczyma.
- Zjedz sobie maluchu. – Spojrzałem na nią i szeroko się uśmiechnąłem. Ona naprawdę zachowuje się jak małe bezbronne dziecko. Jest cholernie słodka.
- Po pierwsze nigdy tak do mnie nie mów. – Spojrzała na mnie groźnie. – Po drugie twoja strata! – Odpakowała cukierka z papierka i wsadziła go do buzi. Zaczęła się uśmiechać cholernie szeroko.
- Jesteś niemożliwa. – Przez dwadzieścia minut siedzieliśmy w ciszy. Alex jadła cukierki jednego za drugim i od czasu do czasu uśmiechała się do mnie.
- Zęby sobie popsujesz. – Spojrzałem na nią.
- Nie prawda, mam bardzo mocne zęby.
- Gdzie jest Louis?  - nie wiedziałem co mam jej odpowiedzieć więc zapytałem o jej starszego brata.
- Pojechał do Amy, więc grozi mi samotność przez resztę wieczoru chyba, że bardzo byś chciał ze mną zostać. – Jej propozycja mnie zaskoczyła.
- Jasne nie ma sprawy.
- Jakie masz marzenia? – Alex spojrzała na mnie i zadała mi pytanie, którego się nie spodziewałem.
- Wydać płytę, która osiągnie sukces. Zbliżyć się do pewnej dziewczyny i od niedawna wylecieć na marsa.
- Do jakiej dziewczyny? – Spojrzałem na nią. Nie wiem co mam jej teraz odpowiedzieć.
- Takiej jednej nie znasz. Jest bardzo piękna, ma na imię tak samo jak ty. – Alex się zarumieniła.
- A dlaczego chcesz wylecieć na marsa?
- Bo ty tam chcesz wylecieć. A ja bardzo chciałbym tam polecieć z tobą. Z dziewczyną, do której chciałbym się zbliżyć.
- To się zbliż. – Alex się uśmiechnęła szeroko.
- Jak?
- Usiądź bliżej. – Zaśmiałem się cicho i usiadłem bliżej niej. Rozmawialiśmy z dobre dwie godziny o naszych planach na przyszłość, marzeniach i tak dalej. Alex położyła głowę na moich kolanach. Zacząłem gładzić jej włosy.
- Mogę mieć prośbę do ciebie?
- Jasne, proś o co chcesz. – Uśmiechnąłem się do niej szeroko i pstryknąłem jej nos.
- Louis mówił, że bardzo ładnie śpiewasz. Zaśpiewaj mi coś. – Spojrzałem na nią zszokowany. Dobra raz się żyje.
- Jaka jest twoja ulubiona piosenka? Oczywiście wokalisty.
- Ymm.. niech pomyślę.. możesz zaśpiewać „ I don’t want to miss a thing ‘’ Aerosmith. – Dziewczyna spojrzała mi w oczy. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem śpiewać. Starałem się, żeby każdy dźwięk wyszedł mi perfekcyjnie.
- Then I kiss your eyes and thank God we're together and I just wanna stay with you in this moment forever, forever and ever* – w tym momęcie Alex przyciągnęła moją twarz do siebie i pocałowała. Byłem w totalnym szoku. Dziewczyna póściła moją głowę i schowała twarz w swoje dłonie.
- Przepraszam.. – wypowiedziała cicho.
- Ci.. nic się nie stało. – wziąłem dłonie z jej twarzy i ucałowałem jej usta. Ten wieczór pozostanie w mej pamięci na zawsze. Potem nie było już tak kolorowo jak tego wieczoru. Poczułem silne uczucie do niej. Nie wiem czy to już zakochanie, ale na pewno pewien rodzaj przywiązania. Chciałem spędzać z nią każdy dzień, po prostu z nią być. To dawało mi bardzo dużo szczęścia.


__________________

Jest to rozdział jeszcze z tych początków w kwietniu. Nie jestem z niego w ogóle zadowolona, ale niech to idzie tak jak przewidziałam. Ten rozdział jest ostatni z takich gorszych, przynajmnie moim zdaniem. Jednak, mam nadzieję, że ktoś to przeczyta. Znajomość Alex i Jareda zaczęła się bardzo szybko, ale o to w tym wszystkim chodzi. Jest to zrobione celowo, tak samo jak zachowanie Alex jak małego dziecka.

* Wtedy całuje Twoje oczy i dziękuję Bogu, że jesteśmy razem, i po prostu chcę być z tobą w tym momencie na zawsze, na zawsze i na wieczność.