Louis:
Rozsiadłem się wygodnie, na obitej delikatną skórą kanapie, tuż obok swojej narzeczonej. Złapałem ją za dłoń, lecz ku mojemu zdziwieniu, szybko ją zabrała.
- Louis musimy porozmawiać – powiedziała stanowczym tonem. - Louis, ja eh.. ja jestem w ciąży – w jej oczach nie było widać żadnych uczuć, żadnej radości. Ja natomiast odetchnąłem z ulgą i mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Boże Amy! To cudownie! – przytuliłem ją do siebie mocno.
- To jeszcze nie wszystko… - spojrzała na mnie. Włożyła do mojej dłoni coś okrągłego. Moim oczom ukazał się pierścionek – to nie jest twoje dziecko Louis, przepraszam z nami koniec – powiedziała chłodno, wstała i wyszła. Nie mogłem pozbierać myśli, czułem, że zaraz coś we mnie pęknie, chce za nią biec, krzyknąć coś, ale nie mogę się ruszyć, mój oddech stał się coraz szybszy, próbowałem się podnieść, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłem. Nagle do moich oczu doszło jaskrawe światło, podniosłem się i spojrzałem przed siebie.To był tylko sen. Zerknąłem na zegarek, dochodzi dziewiąta. Wyciągnąłem ręce do góry w celu rozprostowania kończyn, opuściłem nogi na chłodną podłogę i powolnym krokiem ruszyłem w stronę łazienki. Przez chwilę myślami wróciłem do snu, wzdrygnąłem się na samo wspomnienie. Nie przeżyłbym gdyby ona mnie zostawiła. Jest kobietą, której oddałem całe swoje serce. Nie umiałbym, po prostu nie umiałbym bez niej żyć. Zrobię Amy niespodziankę i wpadnę do niej dzisiaj bez żadnej zapowiedzi. Na pewno się ucieszy. Uśmiechnąłem się do lustra na myśl, że znów ja zobaczę. Wziąłem szybki prysznic, wyszczotkowałem zęby i udałem się do swojego pokoju. Włożyłem na siebie jakieś luźniejsze spodnie i czarną koszulkę. Spojrzałem jeszcze raz na pokój, nie jest tak źle potem to ogarnę. Wziąłem kluczyki do ręki i udałem się do samochodu. Ruszyłem w stronę domu Amy. Wiem, wiem, że zachwycam się nią jak jakiś nienormalny, ale ona jest, po prostu cudowna. Podjechałem pod kwiaciarnię i kupiłem dziesięć czerwonych róz dla niej. Wsiadłem z powrotem do samochodu i dalszą drogę pokonałem bez żadnych przeszkód. Zaparkowałem przed domem Amy, stał tu już jakiś samochód, może ktoś ją odwiedził. Wziąłem klucze do ręki i otworzyłem drzwi. Dała mi klucze do swojego domu już dość dawno, więc skorzystałem z tego, żeby zrobić jej jak największą niespodziankę.
- Amy? - krzyknąłem, ale nikt mi nie odpowiedział. - kochanie? - poszedłem do sypialni, może jeszcze śpi. Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazała się Amy z jakimś facetem. Nie mogę uwierzyć w to co zobaczyłem. Moja własna narzeczona właśnie mnie zdradza. Nawet nie widzi, że tutaj jestem. Zbiegłem na dół, położyłem kwiaty na stole i wybiegłem na dwór. Usiadłem w samochodzie i popłakałem się jak dziecko. Prawdziwi faceci nie płaczą? Płaczą, zwłaszcza jak widzą ukochaną osobę, która cię zdradza. Ten widok złamał mi serce. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że ona mnie nawet nie widziała. Będzie udawać, że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku. Przecież... do cholery przecież obiecała mi być zawsze wierna, obiecała, że będziemy ze sobą do końca życia. Zacisnąłem ręcę na kierownicy, łzy spływały po moich policzkach cały czas. Louis, cholera ogarnij się.. Wdech i wydech! Nie umiem, nie mogę, nie potrafię. Tego zawsze się najbardziej obawiałem, tego się najbardziej bałem. Zdrady. Ruszyłem samochodem przed siebie. Nienawidzę jej za to, jednocześnie cholernie ją kocham. Mam w planach jechać teraz do jakiegoś klubu, uchlać się jak świnia i zapomnieć chociaż na chwilę o wszystkim. Mogłem zareagować od razu, dać mu w mordę, ale ja tak nie potrafię. Jeśli nie byłem wystarczająco dobry dla niej, przecież mogła mi to powiedzieć. Spojrzałem na telefon, jest jedenasta. Do wieczoru jeszcze dużo czasu, może uchleję się na śmierć. Cały czas płakałem, nie umiem pozbierać myśli. W jednej chwili zawalił mi się cały świat, całe plany na przyszłość, wszystko.
- Kurwa mać! - krzyknąłem zdenerwowany i zacząłem jechać najszybciej jak tylko potrafiłem. Kolejny błąd, kolejne konsekwencje. - Au...
- Czy pan mnie słyszy? Halo, czy pan mnie słyszy?! - słyszałem, doskonale słyszałem, ale nie mogłem nic z siebie wydusić. Co się do cholery stało? Moja głowa, au.. - Nadal się nie budzi, przenieście go na intensywną terapię. Ustalono jak się nazywa?
- Louis Wesley. Znaleźliśmy dokumenty przy nim.
- Jak kierowca ciężarówki?
- Walczy o życie na stole operacyjnym. - co ja najlepszego zrobiłem? Chcę krzyczeć, powiedzieć cokolwiek, nie potrafię. Nie umiem. Staram się otworzyć oczy, ale powieki są bardzo ciężkie. Staram się ruszyć chociaż palcem nie umiem. Nie czuję nic oprócz cholernego bólu głowy. Ciemność. Nastała cholerna ciemność, nic nie słyszę. Nie żyję? To czemu nadal myślę? Co się ze mną stało? Chcę się obudzić, do cholery pozwólcie mi się obudzić. Nie wiem co najlepszego zrobiłem, gdzie jestem, co się dzieje. Nic nie widzę, nie mogę się ruszyć jednak nadal myślę.
- Panie Wesley czy pan mnie słyszy?! - obcy mi człowiek zaczął potrząsać moimi ramionami. Nadal cię słyszę, ale nadal nie potrafię wycisnąć z siebie żadnego dźwięku. Czy ja zawsze muszę spierdolić sobie życie? Czego bym nie spróbował zrobić nigdy mi nic nie wychodzi. Nigdy. Po prostu nigdy. Już teraz zdaję sobię sprawę, że będę miał okropne kłopoty. Nie potrafię myśleć racjonalnie, ten świat mnie zabija. A może już zabił? Może ja, na prawdę umarłem, po prostu moja dusza nadal żyje? Wszystko okaże się w swoim czasie. Na ten moment wolałbym chyba umrzeć. Nie mam już nic. Narzeczona mnie zdradza, jakiś człowiek walczy o życie przeze mnie. Same życiowe porażki. Dlaczego ludzie, którzy starają się być dobrzy dla świata, mili dla ludzi zawsze cierpią najwięcej? Czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś złego w życiu? Może nie w tym, ale w poprzednim i mam tego teraz konsekwencje. Jestem odpowiedzialny za to co zrobiłem i nikt inny nie przejmie za mnie tej odpowiedzialności. Czy to wszystko ma w ogóle jaki kolwiek sens? Same pytania, żadnej odpowiedzi. Dlaczego nie mogę się obudzić? Dlaczego nic nie widzę? Słyszę co się dzieje w okół mnie, ale nie potrafię się nawet ruszyć. A co jeśli zostałem sparaliżowany i już do końca życia nie będę mógł się ruszyć? Co wtedy? Wtedy znów będę żałował każdej mojej decyzji. Po co do niej jechałem? Mogłem dać jej spokój, przecież jeśli chciałaby się zobaczyć to by zadzwoniła, napisała. A ja jej się wprosiłem. Gdybym tam nie jechał wszystko byłoby inaczej. Nikt by nie ucierpiał przeze mnie, nie leżał bym w szpitalu. Życie daje nam dużo przeszkód, które sami musimy pokonać, ale dlaczego nie da żadnej podpowiedzi? Koła ratunkowego? Co ja mam teraz zrobić. Próbuję otworzyć oczy, nie mogę. Próbuję się ruszyć, nie potrafię. Nic nie potrafię, jestem jedną wielką życiową porażką. Kiedy widzę, że już powoli zaczyna się coś układać zawsze musi być jakaś przeszkoda i wszystko się psuje. Trzeba zaczynać od nowa, z doświadczeniem, ale brakiem siły. Jednak trzeba. Na tym świecie musisz być kimś, żeby nie traktowali cię jak śmiecia. Po co ja w ogóle o tym myślę w tej chwili? Co się ze mną dzieje? Boże, pomóż mi. Płaczę? Mam mokre policzki, to znaczy, że płaczę? Najprawdopodniej tak chyba, że ktoś mnie czymś opryskał. Nadal nie mogę się obudzić ani ruszyć. Niech mi ktoś pomoże, błagam. Błagam o tą ostatnią szanse, Boże, ostatnia szansa na przetrwanie. Ja już nie zrobie, żadnej głupoty, po prostu daj mi się obudzić. Ja mam siostrę, ja muszę się nią opiekować, ja jestem za nią odpowiedzialny, Boże błagam cię..
Alex :
- Halo? - odebrałam telefon nie sprawdzając wcześniej kto dzwoni.
- Cześć All.
- A to ty, czego chcesz? - na sam dźwięk głosu Jareda już mnie mdliło.
- Możemy się spotkać?
- Nie. - rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Wiem, że teraz będzie dzwonił do upartego dlatego chcę mieć spokój. Wybaczyłam mu owszem, ale to były tylko puste słowa. Ten człowiek musi zrozumieć co zrobił. Niech sobie nie myśli, że jest królem świata i wszystko mu wolno. Jest zwykłym śmieciem, nic nie wartym śmieciem. Niech teraz to on się tak poczuje. Każda cząstka mnie, po prostu go nienawidzi. Nikt nie wie, nikt nie widzi co się między nami stało. Było w ogóle jakieś " nami " ? Jest on i ja. Dwa różne światy. On, pełny pasji, miłości do muzyki, marzeń, szczęścia, miłości, ale za to jest kompletnym idiotą. Ja? Leniwa, pełna pasji, ale zbyt leniwa, miłości? Może i tak, ale na pewno nie do niego. Szczęścia? To już by było śmieszne gdybym powiedziała, że jestem szczęśliwa. Spojrzałam na zegarek jest godzina dwunasta w południe. Wstałam z krzesła w kuchni i wyrzuciłam opakowanie po jogurcie do śmieci. Poszłam do salonu i usiadłam przed telewizorem. I tak wygląda moje życie. Wstane, zjem coś, idę przed telewizor, potem pogrzebie coś w necie, robi się późna godzina, ewentualnie gdzieś z kimś wyjdę, przyjdę, zjem coś, pooglądam telewizje, pójdę się umyć i spać. Muszę zmienić swoje życie bo zostanę starą panną z kotami. Zacznijmy już teraz! Wstałam z kanapy, ale jednak znów na nią opadłam. Nie chce mi się. No i o tym przed chwilą myślałam, mi się nigdy nic nie chcę. Pojechałabym do kogoś, pogadała. Przecież Jared był chętny na spotkanie dlaczego się z nim nie spotkałam? Może jednak co mi szkodzi. Jestem ciekawa co ma mi do powiedzenia. Wróciłam do kuchni po telefon i go włączyłam. Dwadzieścia siedem nieodebranych połączeń i trzy nowe wiadomości. A nie mówiłam? O znów dzwoni.
- Halo?
- No przecież przeprosiłem zlituj się..
- Okej. Bądź za pół godziny.
- Serio? - słychać było, że się zmieszał.
- A brzmię jakbym żartowała? To twoja ostatnia szansa jeśli cię nie będzie w ciągu pół godziny możesz zapomnieć o czym kolwiek związanego z moją osobą.
- Co masz na myśli?
- Jestem zboczeńcem. Czekam, pa. - cicho się zaśmiałam pod nosem. Zawsze kiedy powiem słowa " związane z moją osobą " on, po prostu musi pomyśleć o seksie. Niewyrzyty chłopczyk. Dobra ogarnę się troszkę. Poszłam do łazienki, uczesałam włosy i zrobiłam sobie luźnego koka. Następnie udałam się do pokoju i założyłam legginsy oraz luźniejszą bluzkę. Nie będę się stroić skoro siedzę w domu. Spojrzałam na zegarek, ma jeszcze piętnaście minut. Ciekawe czy tym razem znowu się spóźni. Spojrzałam na biurko gdzie leżało moje zdjęcie z mamą. Coś we mnie pękło i po prostu zaczęłam płakać. Dlaczego akurat teraz? Przecież tyle razy widziałam to zdjęcie, tyle razy na nie patrzyłam to dlaczego akurat w tej chwili się rozpłakałam? Mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego. Z jednej strony cholernie ją kocham, jest moją matką i nie pozwolę aby ktokolwiek powiedział na nią złe słowo, ale z drugiej strony zrobiła mi tak ogromną krzywdę, że nie umiem się pozbierać. I co dziwniejsze z wiekiem boli mnie to coraz bardziej. Ludzie mówią, że z upływem czasu wydarzenia z przeszłości bolą nas coraz mniej, natomiast ze mną jest odwrotnie. Kiedyś tak dużo o tym nie myślałam dzisiaj prawie codziennie. Dlaczego tak? Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie. Nic wartego chwili namysłu nie osiągnęłam w życiu, może przez własne lenistwo, może dlatego, że ja po prostu nie mam żadnego talentu. Jestem nieudacznikiem i tego jestem w stu procentach pewna. Usłyszałam dzwonek do drzwi i odruchowo spojrzałam na zegarek. Zdążył. Otarłam policzki od łez i poszłam do drzwi. Otworzyłam je i przede mną stanął Jared. Miałam ochotę się do niego przytulić, po prostu miałam ochotę się do kogokolwiek przytulić.
- Płakałaś...? - Jay spojrzał na mnie dość troskliwą miną.
- Tak troszeczkę, ale nie ważne, nie przejmuj się - jeszcze raz otarłam policzki i wpuściłam go do środka. Usiedliśmy na kanapie.
- Wiesz jeśli chcesz możesz mi się wygadać... Ja postaram ci się pomóc - spojrzałam mu prostu w oczy.
- Pomóc? Wysłuchasz mnie i co? Znów będziesz po mnie jeździł? Rozpowiadał wszystkim jaka to ja okropna jestem? Znów? - rozpłakałm się poraz kolejny.
- Alex..
- Wiem jaki jesteś! Nie wiem co musiałbyś zrobić, żebym zaczęła patrzeć na ciebie inaczej. Wiesz dlaczego po ciebie zadzwoniłam? Bo nie mam z kim posiedzieć, bo wszyscy mnie mają w dupie. Mam już dość cholernej samotności! A teraz leć rozpowiedzieć wszystkim, że nie mam przyjaciół, że jestem pierdolonym życiowym nieudacznikiem! - płakałam, cholernie płakałam. W pewnym momęcie poczułam silne ramiona w okół mojego ciała. Wtuliłam się w niego i zaczęłam płakać jeszcze bardziej. - Dlaczego to zawsze ja mam pecha? Dlaczego nikt nie traktuje mnie na serio? - jego ręce oplotły moje ciało jeszcze mocniej.
- Cichutko uspokój się.. - Jared zaczął cicho szeptać mi do ucha co odrobinę mnie uspokoiło. Nadal leciały mi łzy z oczu, ale nie krzyczałam już, byłam spokojniejsza.
- Dlaczego? Dlaczego ja? - zaczęłam się delikatnie trząść.
- Bo życie jest do dupy kochanie. Uspokój się proszę... Nie mogę patrzeć na to jak cierpisz...
- Mogłeś na to patrzeć, jakoś ci nie przeszkadzało jak obrabiałeś mi dupe.
- Pobiegłem za tobą, ale już cię nie było... Doskonale wiesz o tym, że to nie była prawda... Doskonale wiesz o tym, że zależy mi na twojej osobie - spojrzałam mu w oczy.
- Gdyby ci zależało nigdy byś mnie tak nie potraktował.
- Człowiek uczy się na błędach, proszę daj mi jeszcze jedną szansę.
- Każdy błąd musi mieć swoje powikłania. Tak jak ci powiedziałam, nie jesteś mi obojętny chociaż jeszcze godzinę temu myślałam co innego. Nie jesteś mi obojętny, ale narazie nie będzie między nami nic więcej jak przyjaźń. - Jared chwycił moją dłoń i splótł ze swoimi palcami.
- Nie powiedziałaś mi tak.
- To teraz mówię. - spojrzałam na nasze dłonie.
- Cii, posłuchaj. Każda chwila spędzona z tobą jest jak magia niezależnie od tego czy będziesz mnie kochać czy nienawidzieć ja zawsze będę przy tobie rozumiesz? Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Ko.. to znaczy.. Bardzo cię lubię. - mimowolnie się uśmiechnęłam i znów się przytuliliśmy. Miałam dać mu nauczkę jednak mam za miękkie serce na to. Jared jest dziwnym, tajemniczym człowiekiem, ale ja chce to dziwadło odkryć, zobaczyć co w nim siedzi. Za szybko mu wybaczyłam, za szybko dałam mu kolejną szansę, ale taka już jestem. Mogę kogoś cholernie nienawidzieć, ale nie powiem mu tego prosto w twarz. Napiszę, powiem przez telefon owszem. Ale nigdy nie w cztery oczy. Nie oszykujmy się jestem cholernym tchórzem i to wiemy już nie od dziś. Dlaczego akurat on? Nie wiem, jest pojebany, ale ma coś w sobie co ciągnie mnie do niego. Coś dzięki czemu chcę go lepiej poznać, po za tym jest niemiłosiernie przystojny.
- Lepiej? - po raz kolejny spojrzałam mu w oczy.
- Tak. Ale nie myśl sobie, że teraz będziesz mógł mną pomiatać czy coś. Ja nadal jestem cholernie zła na ciebie, po prostu staram ci się tego nie pokazywać.
- Przecież zawsze mnie możesz uderzyć czy coś, wyładować emocje.
- Nie, nie. Już raz dostałeś w tą swoją śliczną buźkę ode mnie tyle ci starczy, ale jeśli sobie nabroisz to nie obiecuję, że i kolejny raz nie oberwiesz.
- Mam śliczną buźkę? - Jared wyszczerzył się do mnie. No i po co ja to mówiłam? Teraz będzie umierał na samozachwyt.
- Nie. Po prostu chciałam być miła.
- No, ale...
- Nie. Powiedziałam nie to znaczy, że nie a teraz już mnie puść. - mój wzrok skierował się w stronę naszych dłoni.
- Nie.
- Grabisz sobie Leto, grabisz. - Jared cicho się zaśmiał, przełożył mnie przez ramie i zaczął biegać po domu.
- Do jasnej cholery puść mnie jak spadnę to będzie twoja wina! No puszczaj! - zaczęłam wierzgać nogami i walić rękoma w jego plecy. Zero rezultatów. On tylko się śmiał co powoli zaczęło i mnie zarażać i się uśmiechałam. Uśmiechałam się przy nim chociaż pare minut temu bardzo płakałam. Jeden człowiek, jeden uśmiech a może zdziałać tak dużo. Brunet postawił mnie na podłodze przed sobą i spojrzał w oczy. To było coś niesamowitego, coś nie tak stało się z moim sercem. Nie patrz mu w oczy, nigdy nie patrz mu w oczy, nigdy. Odwróciłam wzrok od niego i udałam się do kuchni.
- Chcesz coś pić?
- Chciałem cię pocałować i mi uciekłaś. - Jared wymamrotał pod nosem.
- Słucham?
- Nie nic, nic. Jak masz wodę to poproszę.
- Nie, nie mam komornik mi zabrał. - zaśmiałam się cicho i nalałam mu wody do szklanki. Stop! Czy on chciał mnie pocałować czy ja się tylko przesłyszałam? Chyba przesłyszałam.
- Dobra mała co robimy? - spojrzałam na niego.
- Nie wiem duży a co chcesz robić? - obydwoje się zaśmialiśmy. Usiadłam na przeciwko niego przy stole w kuchni.
- Możemy coś pooglądać, albo nie bo takie rzeczy źle się kończą. Może pójdziemy na spacer?
- Okej. Poczekaj tu. - Poszłam na górę w celu przebrania się jednak skończyło się na tym, że zostałam w tych rzeczach, które miałam na sobie. Założyłam na siebie tylko trampki i czarną bluzę. Zeszłam z powrotem na dół. - Idziemy?
- Jasne. - uśmiechnęłam się do niego, wzięłam telefon i klucze w rękę, wyszliśmy z domu.
- A gdzie pójdziemy?
- Niespodzianka - brunet poraz kolejny się do mnie uśmiechnął i poszedł przed siebie. Szłam za nim nie mówiąc ani słowa, po prostu szłam. Dlaczego ja w ogóle z nim idę jedną drogą? Dlaczego ja go jeszcze nie zabiłam? Albo jestem taką idiotką, że po prostu mam napierdolone w głowie, albo na prawdę muszę coś do niego.. Czuć? Nie. To pewny rozdaj przywiazania, po prostu lubię z nim spędzać czas. Nie wiem co jest tego powodem.
- Jared?
- Słucham ? - Jay przystanął na chwilę i poczekał, aż dołącze do niego.
- A co tam u Shannona?
- Pytasz się o mojego brata?
- No a o kogo?
- Przecież widziałaś go tylko raz w życiu. - spojrzałam na niego.
- Nie prawda. Uprawialiśmy dziki seks na plaży i najprawdopodobniej jestem z nim w ciąży.
- Wariatka. - Jared zaczął się śmiać. - Ty i mój brat? Przecież on jest, on jest.. Inny!
- Ładniejszy od ciebie. - zaczęłam iść szybszym krokiem.
- Że co? Ode mnie?
- No tak tylko żartowałam. - zaśmiałam się cicho. Weszliśmy do lasu, przez który idzie się na taką polankę. Jest tam niesamowicie pięknie. Często przychodziłam tam z mamą kiedy byłam mała. To miejsce ma dla mnie ogromny sentyment. Nie za bardzo pamiętam swoją rodzicielkę, ale czasami pokazują mi się przed oczami różne sceny związane z jej osobą. Była dobrą matką, przynajmniej z tego co pamiętam. Popełniłam błąd, który zabolał nas wszystkich. Jej dusza nie istnieje, bo nie ma czegoś takiego jak Bóg. A może przeszła na kogoś innego? Może urodziła się na nowo? W to mogłabym uwierzyć, ale jeżeli ktoś na siłę próbuje mi wmówić wierzenie w Boga kurwica mnie bierze. To moje życie, moje myśli, moja głowa, moja sprawa czy będę w niego wierzyć czy nie. Na chwilę obecną nie wierzę, zdarzyło się za dużo krzywd żeby uwierzyć w coś co podobno jest dobre. Gdyby było dobre nie dopuściło by to takiego zła na świecie.
- Jesteśmy. - usiadłam na trawie a tuż obok mnie Jared. Założyłam kaptur od bluzy na głowę by móc położyć się na trawie bez pobrudzenia sobie włosów. - O czym myślisz w tym miejscu? - odwróciłam głowę w stronę Jaya.
- O pięknych rzeczach. O tych dobrych wspomnieniach. Tych, które chcemy wspominać. O żadnych krzywdach. A ty?
- O mamie. - uśmiechnęłam się do niego i przymknęłam oczy. Przed oczami znów pojawił mi się obrazek gdzie znajdowały się dwie osoby. Ja i mama.
- Musiałaś ją bardzo kochać.
- Nadal ją kocham, ale mam do niej ogromny żal za to co zrobiła. - objął mnie ramieniem, leżeliśmy w dwójkę na trawie, słońce powoli zachodziło.
- Rozumiem cię. Znaczy nas tata zostawił jak byłem mały i nie za bardzo go pamiętam, ale wiem jak to jest się wychowywać bez jednego z rodziców. Wiem, że dla dziewczyny zawsze ciężej wychowywać się bez matki, ale tak chciał los. Ciesz się, że masz w okół siebie ludzi, którzy cię, na prawdę kochają.
- Na przykład kto?
- Louis, twój tata, twoja babcia.
- Raczej wątpie w to, że Louis mnie kocha. Jestem dla niego jak wrzód na tyłku, przecież jestem jego młodszą siostrą. Odkąd się urodziłam już obmyślał plany jak mnie zamordować.
- Nie prawda. On cały czas mówi o tobie, chwali cię. Jesteś jego oczkiem w głowie.
- Przeciez jestem tylko jego siostrą, ani nie dzieckiem, ani nie dziewczyną tylko siostrą. Jak mogę być jego oczkiem w głowie?
- Jesteś, aż jego siostrą. On cię bardzo kocha uwierz w to. - wtuliłam się w jego tors. Już nic nie mówiłam, po prostu leżeliśmy tak we dwójkę. Ja i on. Alex i Jared. To, na prawdę cholernie dziwna sytuacja. Dlaczego jestem kobietą? Dlaczego nie mogłam urodzić się mężczyzną, podłym mężczyzną? Dlaczego to ja nie mam mocy łamania damskich serc? Jeszcze pare godzin temu cholernie go nienawidziłam, wystarczyło pare spojrzeń, przytuleń, słów i wszystko poszło w zapomnienie. Nie powinnam tak robić, ale czuję się przy nim bezpieczna. Teraz kiedy leżymy tak we dwójkę, kiedy wtulam się w niego, kiedy on obejmuje mnie swoimi ramionami czuję, że już nic więcej mi nie trzeba. Tak jakby czas się zatrzymał i nie liczyło się nic oprócz naszej dwójki. Nie kocham go i wątpie w to, żebym kiedykolwiek go pokochała. Jest jak przyjaciel, którego nigdy nie miałam, którego zdobyłam w niespełna dwie godziny. Dziwne? Dziwniejsze niż cały świat. Ale na tym polega nasze życie, żeby nas zaskakiwało. To miłe zaskoczenie, to miło czuć, że ma się kogoś przy sobie. Jestem szczęśliwa, w tej chwili jestem szczęśliwa. Nie obchodzi mnie co będzie jutro jak dalej potoczy się moje życie. Liczy się tu i teraz.
- Dlaczego mnie przytulasz? - Jared przejechał dłonią po moich włosach.
- Bo to tutaj pomiędzy twoim prawym a lewym ramieniem czuję się bezpiecznie. Po raz pierwszy w życiu czuję się bezpiecznie. - spojrzałam na niego i obydwoje uśmiechnęliśmy się do siebie. - Mam nadzieję, że będziemy dobrymi przyjaciółmi.
- Tak, przyjaciółmi... - uśmiechnęłam się do niego i poraz kolejny mocno wtuliłam. Niesamowity dzień, pewna zmiana w moim życiu, która bardzo mi się podoba. Może to już jest ten czas kiedy wszystko pójdzie z górki? Miejmy nadzieję, że teraz już wszystko się ułoży.
Czekam na kolejne rozdziały, lubię czytać twojego bloga! Pozdrawiam i życzę weny :)
OdpowiedzUsuń